http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Zakochani popaprańcy

Rozmawiał: Paweł T. Felis
2008-05-30, ostatnia aktualizacja 2008-05-29 18:42

Od dziś w kinach "Dwa dni w Paryżu" Julie Delpy - skromna, przezabawna komedia błyskotliwych dialogów i ciętych ripost. A przy okazji - trafny portret współczesnej neurozy w krzywym zwierciadle.



ZOBACZ TAKŻE
"Dwa lata szczęścia, wzlotów i upadków, a głównie tego, co pomiędzy" - mówi Francuzka Marion (świetna Julie Delpy) o swoim związku z Amerykaninem Jackiem (Adam Goldberg). Z tego "pomiędzy" Delpy zrobiła swój film - zamiast rozprawiać o problemach dzisiejszych 30-latków, strachu przed bliskością i tęsknocie za czymś stałym, pokazała dwójkę bohaterów w serii banalnych zdarzeń, do których pretekstem są tytułowe dwa dni w stolicy zakochanych.

Komediowym samograjem wydawać się może zderzenie dwóch narodowości i kultur: oto gubi się coraz bardziej Amerykanin w Paryżu, oto zmienia się w swoim rodzinnym mieście mieszkająca na stałe w Nowym Jorku Francuzka. Delpy żongluje jednak stereotypami inteligentnie, a seksualnie wyzwolona i pełna dziwaków Francja jest tu jedynie metaforą. Nie tylko w Paryżu dyskutuje się na imprezie o kształcie, w jaki panie wycinają sobie w intymnych częściach ciała owłosienie, nie tylko Francuzki mogłyby pokazać rodzicom zdjęcie nagiego chłopaka z balonami (matka: "piękna fujara!") czy spotykać na każdym kroku swoich eks, którzy wciąż pamiętają zdanie z przeszłości: "Przeżyłam z tobą pierwszy orgazm".

Jack nie przyleciał z Marsa, tylko z Nowego Jorku, a jednak dziwi się nieustannie. I boi: autobusów i metra w Europie (terroryzm!), grzyba na ścianie (śmierć), nawet dzieci ("Są jak szczury i przenoszą choroby"). Jest przecież wcieleniem Allenowskiego neurotyka, który w filmie Delpy ciągle się chowa - schronieniem jest inteligentny sarkazm, ale też fotograficzny aparat, którym Jack na każdym kroku robi zdjęcia.

Na drugim biegunie stoi Marion - wszystkie emocje na wierzchu, zamiast różowych okularów symboliczna niemal wada wzroku (widzi jedynie rozmazane plamy), uśmiech na twarzy i brak makijażu. Skrajnie inna, naturalna i pozornie akceptująca świat powierzchowność, a w gruncie rzeczy poraniona przeszłość i te same lęki. Czy da się być z jedną osobą do końca życia? Czy każda, choćby "najpiękniejsza" - jak mówi Marion w finale - historia musi się skończyć?

Widać w "Dwóch dniach w Paryżu" ślady "Przed zachodem słońca" Linklatera (romantyczne tęsknoty i pomysł na zastępujące fabułę dialogi), a zwłaszcza Woody'ego Allena (Marion nosi nawet allenowskie oprawki!). Podobnie jak Allen Delpy świetnie potrafi żartować na temat seksu, by słowa "miłość" nie używać wprost. Ma kapitalne ucho do dialogów. I - co udaje się też często Czechom - w pozornie błahej komedii potrafi przemycić zaskakująco trafną, choć przerysowaną diagnozę współczesnych emocjonalnych popaprańców, którzy desperacko uciekają to w grę, to znów w neurozę.



"Dwa dni w Paryżu", reż. Julie Delpy, Francja-Niemcy 2007. Dystr. Kino Świat



Kocham psychopatów - mówi Julie Delpy

Paweł T. Felis: Piszesz od dawna, ale "Dwa dni w Paryżu" to twój pierwszy film. Dlaczego tak późno?

Julie Delpy: Pierwszy scenariusz napisałam w wieku 16 lat, a pierwszy film zrobiłam dopiero 20 lat później. To brzmi jak dowcip, ale jest też potwornie frustrujące. Jak mam wszystkim udowodnić, że nie jestem tylko dziewczyną z okładki, której zachciało się zostać reżyserką? Pierwszą osobą, która potraktowała mnie poważnie, był Kieślowski. Już po "Białym" mówił: Jedź do szkoły filmowej w Nowym Jorku, dużo pisz, bądź uważna, obserwuj świat. I nie poddawaj się.

Kiedy odrzucali moje kolejne scenariusze, przyjaciele radzili: Napisz coś w stylu "Przed zachodem słońca", to dadzą ci pieniądze. Tylko zrób to inaczej. Od początku wiedziałam, że będzie to komedia. To chyba kwestia temperamentu - miałam dużą frajdę w trakcie pisania, bo wymyślanie czy przypominanie sobie żartów przychodzi mi łatwo. Dużo więcej pracowałam w montażowni - przy komedii najważniejszy jest rytm, więc trzeba się na każdym kroku pilnować.

Ale film miał z początku wyglądać zupełnie inaczej - był ogólny zarys, jednak zamiast gotowego scenariusza chciałam improwizować na planie. Zbuntowali się jednak moi rodzice - "Jak to? Jesteśmy aktorami i chcemy dostać tekst". Zaczęłam więc pisać.

Były jeszcze inne problemy z rodzicami Marie Pillet i Albertem Delpy?

- Z mamą nie. Gdy usłyszała, że będzie miała romans z Jimem Morrisonem, była zachwycona: "Nareszcie interesująca rzecz w życiorysie!". Ale tata zachowywał się jak dziecko - rozkojarzony, ciągle opowiadający dowcipy, nieposłuszny. Nie jest łatwo reżyserować własnych rodziców. Ale to jak najlepsza psychoterapia.

Od początku wiedziałam, że muszę ich mieć w filmie. Są fantastycznymi aktorami, ale całe swoje życie spędzili w teatrze. Nigdy nie widziałam ich na ekranie. A na planie było tym bardziej zabawnie, że mieli zagrać osoby bardzo do siebie podobne.

Jak bardzo?

- Aż boję się mówić (śmiech). To fantastyczni ludzie - są ze sobą 40 lat, ciągle się kłócą, jak w filmie, ale nie mogą bez siebie żyć. Mama się wścieka, rozpoczyna te swoje długie tyrady, a potem jeden żart ojca i jest ugotowana.

Chociaż dużo żartujesz na temat różnic między Francuzami i Amerykanami, pełna dziwaków Francja jest w filmie tylko przerysowaną metaforą.

- Tylko dlaczego nie rozumieją tego sami Francuzi (śmiech)? Nie chciałam robić filmu o Amerykaninie w Paryżu. Ale mieszkam i w Stanach, i we Francji, więc pewne różnice są dla mnie oczywiste - nie tylko jeśli chodzi o taksówkarzy, którzy w Paryżu naprawdę potrafią być szaleni, ale też o stosunek do takich spraw jak praca, miłość, związek, nawet seks. Kiedy jednak Jack mówi: "Prywatna własność jest dla mnie świętością", to tak naprawdę mówi o czymś, co jest charakterystyczne nie dla Amerykanów, ale dla wszystkich mężczyzn.

Z drugiej strony sama dziwiłam się, że Adam, który grał Jacka, był na planie tak często zażenowany. Na przykład wtedy, gdy musiał powiedzieć: "Twoja matka to zdzira". Nie wiem, czy dlatego, że mieszka w Nowym Jorku i nie lubi politycznej niepoprawności, czy dlatego, że mówił to do mojej prawdziwej matki.

Jack to czystej wody neurotyk. Tak patrzysz na mężczyzn?

- A czy to nie jest prawda? Który mężczyzna - przy całym swoim pielęgnowaniu męskości - nie potrzebuje ciepła, uwagi, bezpieczeństwa? Lubię dziwaków. Dobrze się z nimi czuję. Gdy spotykam kogoś, kto wydaje się psychopatą, od razu się w nim zakochuję. Przyjaźnię się na przykład z Vincentem Gallo, który ma zagrać w moim następnym filmie - pracowaliśmy już razem przy "Los Angeles bez mapy". Vinny nie jest szalony, tylko nie każdemu pozwala się do siebie zbliżyć. Ma zwariowane poglądy polityczne, robi mnóstwo dziwnych rzeczy, ale jest też piekielnie inteligentny i wrażliwy. Trochę tak jak mój bohater Jack.

Zresztą wszyscy dziś jesteśmy neurotykami. Ja też. Jako typowa hipochondryczka znam swoje ciało na wylot i ciągle doszukuję się jakichś chorób. Neurotyzm to choroba naszych czasów, ale piękna. Bo to nic innego, jak nadwrażliwość.

Ale też pancerz. Jack na koniec filmu wreszcie go zrzuca.

- Bo zaczyna być zazdrosny. Jak każdy facet panicznie boi się, że nie jest tym jedynym. Patrząc na swoich przyjaciół, ale też na siebie, widzę, że wszyscy boimy się całkowitej szczerości, pielęgnujemy niezależność, nawet w związkach zostawiamy sobie jakąś furtkę. Ale gdy pojawia się zazdrość, cały nasz cynizm, inteligencja, dystans biorą w łeb. Pojawiają się emocje. Zaczyna boleć. To niekoniecznie przyjemne, ale ludzkie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':