Zorganizowany pod koniec października przez Instytut Polski w Sztokholmie panel dyskusyjny "Nazizm i komunizm w perspektywie europejskiej" wymyślił Leo Kantor - emigrant z 1968 roku, publicysta, wykładowca uniwersytecki, twórca sztokholmskiego festiwalu "Człowieczeństwo w filmie". To on zainicjował opublikowany niedawno w "Gazecie" list otwarty do prezydenta RP, w którym razem z m.in. Leszkiem Kołakowskim i Danutą Kuroń upomina się o uhonorowanie polskiego pisarza Jerzego Zawieyskiego Orderem Orła Białego za postawę w marcu '68. Pokaz dokumentalnego "Uciekiniera" o Polaku, który uciekł z Auschwitz, wydał mu się szczególnie ważny właśnie w Szwecji.
- Szwecja wciąż nie chce pamiętać, że jej neutralność była fikcją - mówi mieszkający w Sztokholmie Kantor. - Produkowanie łożysk dla Hitlera, współpraca ze Związkiem Radzieckim po 1945 roku - to wciąż zamazywane karty w historii. A "Uciekinier" jest nie tylko spotkaniem z ofiarą nazistów i komunistów, ale przede wszystkim z pięknym człowiekiem. Kazimierz Piechowski to żywy dowód na to, jak można się odbić od własnej tragedii, ocalić w sobie godność i zwykłe dobro.
Ucieczka, jakiej nie było 20 czerwca 1942 roku Kazimierz Piechowski razem z mechanikiem samochodowym, Ukraińcem Eugeniuszem Benderą, Stanisławem Jasterem i księdzem z Wadowic Józefem Lempartem dokonali rzeczy niebywałej - przebrani za hitlerowców w steyerze 220 wyjechali z obozu w Auschwitz, krzycząc jeszcze na Niemców, by szybciej otwierali szlaban. Piechowski walczył potem w AK, po wojnie studiował na Politechnice Gdańskiej, zaczął pracować. Ktoś doniósł, że wbrew zarządzeniom nie ujawnił się jako były AK-owiec. Rewizja, podrzucony pistolet i wyrok: 10 lat. "I tak potraktowali mnie łagodnie, niektórzy koledzy dostawali dożywocie albo czapę" - komentuje w filmie.
Dlaczego przez ponad pół wieku nie mówiono o brawurowej ucieczce? - To był w domu temat tabu: nie wolno było nawet wspominać o Oświęcimiu - tłumaczy żona Iga Piechowska. - Kiedy po 50 latach pojechaliśmy po raz pierwszy do Auschwitz, mąż stanął przy Ścianie Śmierci i stracił przytomność. - Wciąż śni mi się obóz, odganiam w nocy psy hitlerowców - mówi Piechowski. - Zajmowałem się wywożeniem ciał. To obrazy, od których nie można uciec. Gdy opowiadałem o tym
papieżowi Benedyktowi XVI w Oświęcimiu, jego twarz skamieniała, jakby chciał powiedzieć: nie mów już więcej.
"Ten grubas wysoki to Nowak" Po raz pierwszy film o uciekinierach miał powstać jeszcze w latach 70. Gdy Piechowski usłyszał, że według scenariusza ucieczkę zorganizował Józef Cyrankiewicz (również więzień Auschwitz), do kolegi Eugeniusza Bendery rzucił tylko: "Idziemy, nic tu po nas".
W 2006 roku, po kilku latach przygotowań, historię Piechowskiego przypomniał reżyser Marek Tomasz Pawłowski. Jego "Uciekinier" otrzymał m.in. nagrodę publiczności na Krakowskim Festiwalu Filmowym, a po kilku emisjach w telewizji wywołał lawinę komentarzy widzów. "Dzięki Panu zrozumiałam, co w życiu jest ważne!" - pisała jedna z internautek.
W znakomicie sfotografowanym przez Jacka Januszyka "Uciekinierze" Piechowski znów wraca do Oświęcimia, otwiera właz, przez który dostał się do magazynów, zagląda do zniszczonego pomieszczenia, w którym trzymano hitlerowskie mundury i broń. Na zdjęciach z odkrytej przypadkiem rolki fotograficznej rozpoznaje rozbawionych, prawdopodobnie pijanych SS-manów. "Ten grubas wysoki to Nowak. Polskie nazwisko, ale kawał drania. Ten w czapce przypomina mi Schalla, tak, to on. Kopał więźniarki, że nie mogły unieść bali słomy. I młody Sauberzweig. Arystokrata, laluś, ręce mył wodą mineralną. Ale więźniami się nie interesował".
Obronił się w filmie ryzykowny pomysł Pawłowskiego, który we wspomnienia bohatera dyskretnie wplata rekonstruowane przez młodych aktorów etapy ucieczki, a samego Piechowskiego wmontowuje w czarno-białe zdjęcia sprzed lat. - Nie chciałem robić "Sensacji XX wieku", staram się jednak poszerzyć tradycyjny dokument o zabiegi, które z powodzeniem stosuje się na świecie - tłumaczy reżyser.
Razem z producentką Małgorzatą Walczak od lat drobiazgowo dokumentują nieznane opowieści o ludziach, których losy poplątała historia. Przy pracy nad "Uciekinierem" doprowadzili m.in. do spotkania Piechowskiego z reżyserką Karoliną Benderą ("Co dalej z tobą, Karolinko?"), wnuczką Eugeniusza Bendery, która dopiero od Piechowskiego usłyszała, że jej dziadek był bohaterem.
W Sztokholmie podkreślano, że niebywała historia Piechowskiego nadaje się na fabułę nie mniej efektowną niż "Parszywa dwunastka" czy "Zbieg z Alcatraz". Może zainteresuje się nią Spielberg, który dostał od Pawłowskiego płytę z dokumentem i wspomnieniową książkę Piechowskiego "Byłem numerem"?
Historia jak zbieranie znaczków O świetnie przyjętym w Sztokholmie "Uciekinierze" pisała szwedzka prasa (m.in. "Svenska Dagbladet"), Kazimierz Piechowski i reżyser udzielili blisko dziesięciu wywiadów. - Myślałem, że wiem wszystko o ucieczkach z obozu, ale ten dokument był szokujący. Koniecznie trzeba go włączyć do szwedzkich programów edukacyjnych - mówił mi Stefan Andersson z Forum Żywej Historii Europy. - Muszę ten film zdobyć, bo to świadectwo, które powinno iść w świat - zaznaczał Emmerich Rot z fundacji EXIT, która od siedmiu lat prowadzi w Szwecji akcję wyciągania młodych ludzi z organizacji neonazistowskich.
Dyskusja po projekcji "Uciekiniera" była chwilami burzliwa. 40-letnia Szwedka przypominała, że w Szwecji i wielu innych krajach europejskich prawie nic nie wiadomo o tragicznych losach narodów słowiańskich w czasie II wojny i po niej. Ktoś sugerował nawet, że potrzebna jest w Szwecji organizacja, która zbada i upubliczni na masową skalę wstydliwe epizody z historii: od pierwszego w Europie założonego w 1922 roku Instytutu Higieny Rasowej po często niehumanitarną politykę wobec "gorszych" nacji już po wojnie.
Camilla Andersson i Anders Hiemdahl z organizacji Informacja o Komunizmie podkreślali, że w Szwecji pokutuje często idealistyczny obraz "dobrego komunizmu", a większość ludzi (zwłaszcza młodych) nie ma pojęcia, czym były łagry. - Jeśli jednak udało się doprowadzić do tego, że po latach edukacji dzisiejsza młodzież wie już, czym był nazizm, trzeba podobnych programów, by szerzyć wiedzę o komunizmie - tłumaczyła Andersson.
- Polsce często zarzuca się, że za bardzo rozpamiętuje dawne rany - mówi Mika Larsson, do niedawna szwedzka attaché kulturalna w Warszawie, w przeszłości dziennikarka relacjonująca m.in. strajki w Stoczni Gdańskiej. - Ale w stosunku do przeszłości dzieli nas przepaść. Dla Polaka historia to część jego tożsamości, nawet jeśli chce się wobec niej dystansować. W Szwecji przeszłość właściwie nie istnieje. Jeśli niektórzy interesują się historią, to na zasadzie hobby. Zamiast zbierać znaczki, czytają o wojennych tragediach. Spotkajmy się za dziesięć lat - może statystyczna wiedza o komunistycznych zbrodniach będzie większa, ale w naszym stosunku do historii nie zmieni się nic.
"Ten na górze mnie chyba polubił" "Wśród pytań, które słyszymy, jedno powtarza się za każdym razem: ( ) Dlaczego nie uciekliście?" - pisze włoski pisarz Primo Levi w książce "Pogrążeni i ocaleni" (jej fragment opublikowała ostatnio "Gazeta Świąteczna"). Udana akcja Piechowskiego potwierdza dramatyczne problemy, o których pisze Levi. W odwecie hitlerowcy przewieźli do Auschwitz i zamordowali rodziców Jastera i matkę Lemparta. W oddziale uciekinierów winę zrzucono na kapo Kurta Pachalę, który po miesiącach tortur zmarł śmiercią głodową.
Jeszcze w czasie wojny zginął też Stanisław Jaster. W AK wydano na niego wyrok - Jaster wielokrotnie wymykał się Niemcom, aż w końcu oskarżono go o współpracę z gestapo. - To jedna z największych pomyłek AK - wspominał w Sztokholmie Piechowski.
Po raz kolejny historia prawie dopadła Piechowskiego w Stoczni Gdańskiej - gdy wybuchły tam strajki, był już jednak na emeryturze. Dziś za zabraną młodość, lata w komunistycznym więzieniu nikogo nie chce rozliczać. Jak mówi, sam popełnił błędy, których nie może sobie wybaczyć. - Dostaliśmy kiedyś w AK rozkaz zabicia leśnika, rzekomo zdrajcy. A parę dni później okazało się, że to nie ta wieś i nie ten człowiek. Cały czas mam w oczach jego żonę i przerażone dziecko. Jak mam z tym żyć?
Piechowski odmówił, gdy m.in. Maciej Płażyński starał się o przyznanie mu Orderu Orła Białego: "Nie mam poczucia, że to odznaczenie mi się należy". Po roku 1989 sprzedał ziemię pod Gdańskiem i za zarobione pieniądze zaczął podróżować. "Przez całe swoje życie ciągle uciekałem. W czasie wojny przed Niemcami, po wojnie przed czerwonymi, w Auschwitz kilka razy uciekłem przed śmiercią. Teraz uciekam w świat. Żeby nie stetryczeć" - opowiada w filmie.
Razem z żoną odwiedzili 60 krajów na wszystkich kontynentach. Na Kubę wyjechali z ekipą Pawłowskiego. Przygotowują następne książki, planują
podróże, m.in. do Ameryki Południowej. Emanują energią. W "Uciekinierze" Piechowski uśmiecha się: "Mam wrażenie, że ten na górze mnie polubił".