Skoro religia i Kościół przywłaszczyły sobie życie duchowe, trzeba je odzyskać, wprowadzić w świat sztuki. W sali kinowej cud przyjmujemy jako oczywistość - mówi Bruno Dumont, reżyser filmu "Poza szatanem". Od piątku w kinach
Bruno Dumont to jeden z najoryginalniejszych dziś twórców europejskiego kina - eksperymentuje z formą, a swoje minimalistyczne przypowieści zmienia w rodzaj filozoficznych traktatów. W Polsce odkrył go Roman Gutek - "Twentynine Palms" Dumonta, zakończone brutalnym gwałtem na mężczyźnie, było dla widzów Nowych Horyzontów szokiem. Dziś reżyser - który konsekwentnie rozlicza się z religią, zderza wiarę z naturalistycznym seksem i szuka własnych dróg do duchowości - jest traktowany jak klasyk, a niekiedy nawet profeta. Rzadko rozmawia z dziennikarzami.
Jego pokazywany w Cannes najnowszy film "Poza szatanem" (od jutra w kinach) to według "Cahiers du Cinéma" jeden z dziesięciu najlepszych obrazów zeszłego roku. Dumont znów odrzuca, nuży, drażni. Formalnie posuwa się do skrajnej ascezy i rzuca swojego bohatera, "świętego szaleńca", na tło flandryjskich krajobrazów, by tam dotarł do sacrum przez cud, grzech i ciało.
Rozmowa z Brunonem Dumontem
Paweł T. Felis: Czuje się pan uczniem Bressona?
Bruno Dumont: Jeśli już, to Georges'a Bernanosa, który dla Bressona był najważniejszą inspiracją. Ale Bresson to reżyser chrześcijański, tworzył filmy ku chwale Boga. Ja szukam łaski, sacrum, ale poza religią.
Widać to w "Poza szatanem". Bohaterem jest bezimienny włóczęga, święty grzesznik, który przypomina Jezusa, a zarazem jest jego zaprzeczeniem.
- Nie wiemy, do kogo ten mężczyzna się modli. Nie wiemy, czy wierzy w pejzaż, czy jakąś ideę. Widzimy za to, że jest w nim ogromna potrzeba sacrum, której nie potrafi zaspokoić. Osoba zdolna do duchowego uniesienia, a jednocześnie barbarzyńca. To właściwie nie postać, ale metaforyczna figura - odniesienie do współczesności, która próbuje dotrzeć do świętości, tyle że po swojemu, poza Bogiem i szatanem.
Pana bunt wobec religii najostrzej widać w "Hadewijch" - na przykładzie głównej bohaterki, ekstatycznie potrzebującej boskiej bliskości, pokazuje pan wiarę jako obłęd.
- Hadewijch jest przez religię osaczona, wręcz ogłupiona. Musi przejść taką drogę jak każdy z nas - uwolnić się od przesądów i zacząć nowe życie duchowe. Zobaczyć, że jest ono nie w Kościele, ale między jednym człowiekiem a drugim.
Religia jest archaiczna, dobra głównie dla dzieci. To jak z ewangeliami - bardzo ładne historie, bardzo dobre scenariusze. W Hollywood zrobiono na ich podstawie świetne filmy.
Najsmutniejszy widok to dla mnie ludzie, którzy wciąż chcą chodzić do kościoła. Ale nawet ci, którzy z Kościoła odeszli, są nieszczęśliwi. Ateizm nie daje szczęścia, bo jest w nas naturalny głód sakralności, potrzeba świętości, wzbicia się na wyższy, duchowy poziom. O tym mówił André Malraux, kiedy sugerował, że XXI wiek będzie duchowy albo nie będzie go wcale.
Kino może zaspokoić ten głód sakralności?
- Skoro religia i Kościół przywłaszczyły sobie życie duchowe, trzeba je odzyskać, wprowadzić w świat laicki. Czyli w świat sztuki.
Moje największe doświadczenia duchowe wiążą się właśnie z kinem. Kino to też rodzaj przesądu, tyle że pożytecznego. W sali kinowej wierzymy bez problemu, przyjmujemy cud jako oczywistość. I możemy doznać iluminacji.
Film ma wiele wspólnego z religią: to, w co wierzymy, może być iluzją, ale wiara jest prawdziwa.
- Kiedy widzę u Pasoliniego w "Ewangelii wg św. Mateusza" Chrystusa, to w Niego wierzę. Na czas seansu staję się wierzący. Jestem zdolny osiągnąć łaskę, medytować, dostąpić tej specyficznej komunii z czymś, co należy do innego porządku. Ale seans się kończy i zdaję sobie sprawę, że to była tylko iluzja. Człowiek wierzący jest niebezpieczny, bo tej granicy nie widzi. Jak Breivik, który dokonał w Norwegii masakry. Można powiedzieć, że to ktoś, kto wyszedł z kina i naprawdę uwierzył. Jak Hadewijch. Szaleniec.
Pana filmy, co widać nawet w tytułach - "Życie Jezusa", "Poza szatanem" - konsekwentnie odwołują się do religijnych symboli i tropów. Nie da się bez nich dotrzeć do duchowości?
- Żeby "wyjść" z religii, trzeba najpierw przez nią przejść. Wykorzystać ścieżki związane z religią i pójść dalej. Cały czas czytam książki religijne - św. Tomasza z Akwinu, Bonawenturę. Czytam jak powieść, poezję. Bóg to właściwie piękny poemat. Trudno wyobrazić sobie coś lepszego niż przedstawienia o Jezusie czy ofierze Abrahama w teatrze. Tam właśnie jest ich źródło.
Sakralność w pana filmach - również w "Poza szatanem" - przebija jednak przez to, co zwyczajne, odpychające.
- Taki był zamiar. Postaci z tego filmu mają reprezentować to, co codzienne. Codzienność jest najlepszym źródłem duchowości - kiedy jem dobry chleb albo piję dobre wino, to już jest doświadczenie łaski. Kiedy się zakochuję, również. Trzeba to umieć dostrzec, a zarazem przenieść punkt ciężkości. W sensie kulturowym zobaczyć, że jesteśmy bogami.