http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Po Berlinale. Bracia Taviani: Mordercy Cezara mówią językiem sycylijskiej mafii

Rozmawiał w Berlinie Paweł T. Felis
2012-02-20, ostatnia aktualizacja 2012-02-19 18:41

''Cezar musi umrzeć'', reż. Paolo i Vittorio Taviani
''Cezar musi umrzeć'', reż. Paolo i Vittorio Taviani
Fot. Berlinale / Umberto Montiroli

"Juliusz Cezar" to przecież włoska historia, w dodatku o władzy, zdradzie, tyranii, zabijaniu, konspiracji. Czyli o wszystkim tym, co się wiąże z przeszłością naszych aktorów - rozmowa z reżyserami nagrodzonego Złotym Niedźwiedziem filmu "Cezar musi umrzeć"

Paolo (z lewej) i Vittorio Taviani
Fot. TOBIAS SCHWARZ REUTERS
Paolo (z lewej) i Vittorio Taviani
SERWISY
Paweł T. Felis: Pomysł przygotowywania przedstawień przez więźniów, resocjalizowania przez sztukę, ma sporą tradycję. W filmie "Cezar musi umrzeć" chcieli panowie pójść krok dalej?

Paolo Taviani: Nie, bo nie mieliśmy o tego rodzaju spektaklach pojęcia. Zaczęło się od naszego przyjaciela Gavino Leddy, który zapytał: "Kiedy ostatnio płakaliście w teatrze? Bo jeśli dawno, jest przedstawienie, które musicie zobaczyć". I zaprosił nas do więzienia Rebibbia w Rzymie na spektakl, w którym aktorami byli odsiadujący tam wyroki skazańcy. Spodziewaliśmy się szlachetnego amatorstwa, a byliśmy wstrząśnięci. Pamiętam, że jeden z więźniów recytował we własnym, neapolitańskim dialekcie pieśń z "Piekła" Dantego. I mówił ze sceny, że nikt poza więzieniem nie jest w stanie zrozumieć, czym jest rozpaczliwa miłość: skazani są daleko od swoich kobiet, nie mają pojęcia, czy one będą na nich czekać, co się z nimi dzieje. I to też jest część ich piekła.

Vittorio Taviani: Do tej pory oglądaliśmy więzienie głównie w amerykańskich filmach. Ale kiedy wchodzisz fizycznie w tę przestrzeń, patrzysz na więźniów jakby przygwożdżonych do ściany, prowadzących dzień po dniu swoje "bez-życie", widzisz mnóstwo strażników - wrażenie jest piorunujące. Byliśmy w części szczególnie chronionej, przebywali tam najgroźniejsi przestępcy i byli członkowie mafii. Od razu postanowiliśmy coś z tą grupą więźniów aktorów zrobić. Wybór sztuki wydawał się oczywisty: co mogłoby być lepsze niż "Juliusz Cezar" Szekspira? To przecież włoska historia, w dodatku o władzy, zdradzie, tyranii, zabijaniu, konspiracji. Czyli o wszystkim tym, co się wiąże z przeszłością naszych aktorów.

A nie chodziło o komentarz do tego, co dzieje się we współczesnych Włoszech?

P.T.: Oczywiście, brawo! (śmiech) Inteligentni widzowie odczytają to od razu, ale jako reżyserzy z Włoch woleliśmy tego nie podkreślać.

Resocjalizacja przez kino okazała się sukcesem czy porażką? "Od kiedy poznałem, czym jest sztuka, moja cela stała się jeszcze gorszym więzieniem" - mówi na koniec aktor, który gra Kasjusza.

P.T.: To nie my napisaliśmy to zdanie - wymyślił je sam Cosimo Rega. Bo to był najważniejszy cel - mieli mówić Szekspirem, ale po swojemu. Nasz scenariusz według "Juliusza Cezara" wręczyliśmy im z zastrzeżeniem: przetłumaczcie to na własny język. Dlatego w filmie mówią we własnych dialektach - sycylijskim, neapolitańskim.

Cały czas byli kreatywni, podchodzili do grania z pasją, której trudno było się po nich spodziewać. Ale prawda jest bezwzględna: to niezwykłe, bardzo przyjemne doświadczenie trwało w ich życiu tylko chwilę. Kiedy kończy się występ i widzowie biją brawo, oni wracają do swoich cel. Jeśli sztuka pomogła im coś zrozumieć, to głównie to, jak wiele stracili. I to bezpowrotnie.

Można powiedzieć, że zaprzyjaźniliście się na planie?

V.T.: Nawet bardzo. Film to praca zespołowa. Jeśli ma się udać, to tylko wtedy, gdy pracujemy jak drużyna. Ale pamiętam, że strażnicy od początku nas ostrzegali: uważajcie. Macie wobec nich mnóstwo życzliwości, oni czują entuzjazm, bo wreszcie robią coś twórczego. Ale to więźniowie. Jeśli ktoś powinien liczyć na głębokie współczucie, to ich ofiary - ofiary brutalnych morderstw, osierocone rodziny, dzieci. Gdy jednak razem robi się taki film jak nasz, ta ich przeszłość wydaje się surrealistyczną fantazją, o której nie chce się pamiętać.

Utrzymujecie kontakt?

V.T.: Zwłaszcza z Salvatore Striano, który wyszedł niedawno na wolność. Jak tylko wrócimy z Berlina, jedziemy do Rebibbia, gdzie organizujemy specjalny pokaz filmu tylko dla naszych aktorów. Zobaczymy, jak zareagują.

P.T.: Pożegnanie po skończeniu zdjęć było niezwykle poruszające, ale trudno sobie wyobrazić, żeby nasze kontakty mogły być bliskie. Żyjemy w różnych światach, które mogły się spotkać tylko w tym konkretnym momencie. I to też jest jakaś bolesna, brutalna prawda o tym filmie.

Filmowy eksperyment, jakim jest "Cezar musi umrzeć", sprawia wrażenie, jakby panowie na nowo zachwycili się możliwościami kina.

V.T.: Jeśli zsumować nasz wiek, mamy ponad 160 lat. Czy może być lepszy moment, żeby znów poczuć się młodymi filmowcami? Kino to przygoda. I tajemnica, którą za każdym razem próbujemy odkrywać od początku.

P.T.: Gdyby nie Gavino Ledda, nie nakręcilibyśmy 35 lat temu "We władzy ojca" [film był adaptacją jego autobiografii] i nie dostalibyśmy Złotej Palmy w Cannes. Gdyby nie on, nie powstałby też nigdy "Cezar musi umrzeć". Wszystko jedno, czy jesteś młody, czy stary, bardziej lub mniej utalentowany - zawsze warto mieć wokół siebie dobrych przyjaciół.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':