Od zawsze fascynowała mnie rzeczywistość, ale przefiltrowana przez konkretną osobowość, odbierana jej zmysłami. W tym wypadku zmysłami głównej bohaterki Komony. Jak w realizmie magicznym: istnieje "drugi" świat, które może nie być rzeczywisty, ale jest prawdziwy.
Przeczytałem kiedyś historię o chłopcu żołnierzu, który w wieku dziewięciu lat oznajmił kolegom, że jest inkarnacją boga i jeśli będą słuchać jego rozkazów, nikt nie zginie. Przez wiele miesięcy faktycznie nikt nie został zabity, a on, z nieodłącznym cygarem, opowiadał o armii fantomów, która walczy w jego imieniu. Bez wątpienia dla niego tak jak i dla mojej bohaterki kreowanie alternatywnej rzeczywistości było po prostu kwestią przetrwania. Ale to dzięki tej prasowej notce uświadomiłem sobie, że nie da się postawić jasnej granicy między kłamstwem a rzeczywistością, mitem a światem namacalnym.
Cały film opowiadany jest z perspektywy Komony, która musi żyć ze świadomością, że zabiła swoich rodziców. Została do tego zmuszona, ale to jej "grzech pierworodny", którego nie da się zmyć. "War Witch" jest właściwie opowieścią o tym, jak jej podświadomość próbuje znaleźć sposób, żeby sobie samej wybaczyć.
Rachel Mwanza to najlepsza aktorka, z jaką kiedykolwiek pracowałem, chociaż ma dopiero 15 lat. Przyszła prosto z ulicy i od razu uderzyła mnie jej obezwładniająca siła. Ma w sobie piękną nonszalancję - musiałem walczyć z jej humorami
nastolatki, a jednocześnie potrafiła całkowicie mi zaufać, oddać się roli bez reszty. Nie znała scenariusza - o tym, co będzie się działo na planie, dowiadywała się rano. Ale za każdym razem imponowała mi autentyzmem: i wtedy, gdy miała płakać, i wtedy, gdy powinna szczerze, prawdziwie się śmiać.
Opowiadam o 13-, 15-latkach, które zostały zmuszone do zabijania, ale najbardziej przeraziło mnie to, jak łatwo te
dzieci wchodzą w rolę żołnierzy. Kiedy zaczynasz bawić się bronią - niczym Rambo, który zaraz wszystkich zabije i wygra - zaskakująco szybko czerpiesz z tego przyjemność. Na początku zdjęć wymyśliliśmy perwersyjną zabawę, która miała oswoić dziecięcych aktorów z sytuacją: bawiliśmy się w strzelanie. Okazało się jednak, że to, co miało przygotować do odgrywania scen walki, wszystkim zaczęło sprawiać frajdę. A przecież właśnie na tym instynkcie wojownika żeruje każda wojna.
Kręcenie filmów w Kongu od wielu lat było zabronione. Byliśmy w jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie, ale plan filmowy był zorganizowany perfekcyjnie, jak militarna operacja - to dało nam poczucie bezpieczeństwa. Wystarczy jednak pójść w Kinszasie nocą do baru i zobaczyć przekreślony znaczek z bronią: znak, że karabin trzeba zostawić przy drzwiach. To otrzeźwia w sekundę.