Chyba każdy Duńczyk zna opowieść o "szalonym" królu, jego żonie i jej kochanku doktorze. Duńska historia jest dość bezbarwna, a to jedyny tak efektowny jej moment, w szkole bez przerwy się do niego wraca. W świadomości ludzi funkcjonuje to jednak jako historyczna opera mydlana i choćby dlatego warto było zrobić ten film - pokazać detale, polityczno-społeczne niuanse.
Jak na kostiumowe epickie widowisko produkcja okazała się bardzo tania. Pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do kolegów z Dogmy, którzy przychodzą na plan i pytają: "To co dziś robimy, gdzie stawiamy kamerę?", lubię mieć wszystko zaplanowane. A jeśli dobrze planujesz, dużo oszczędzasz. Paradoksalnie jednak, nasz film planowaliśmy jako kostiumowe widowisko w stylu Dogmy - dużo ruchu, powietrza, współczesnego rytmu, za to bez popisywania się pięknymi strojami czy wymyślną choreografią.
Najtrudniej było obsadzić chorego króla - wtedy uważano go za szalonego, dziś powiedzielibyśmy, że mógł cierpieć na ADHD połączone ze stanami depresyjnymi. Ale na castingu zjawił się Mikkel Boe Folsgaard [Srebrny Niedźwiedź dla najlepszego aktora] - zupełnie nieznany chłopak, jeszcze nie skończył szkoły aktorskiej. Był świetny, a poza tym zadziałała moja pycha: jestem pewien, że ma przed sobą wielką karierę, a to ja już zawsze będę tym, który go odkrył!
Reżyserowanie to przygoda, ale jestem uważany za scenarzystę. Głównie dzięki "Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", którego wersji amerykańskiej do dzisiaj nie widziałem. Pracowaliśmy z Rasmusem Heisterbergiem nad tym scenariuszem długo i ciężko, więc boję się: a jeśli zobaczę film Davida Finchera, którego uwielbiam, i będzie lepszy?