Czy naprawdę pamięta się, kto wygrał Berlinale w latach poprzednich? Czasem wartość głównego konkursu sprowadza się do jednego filmu. Czy z zeszłorocznego festiwalu pozostało coś poza irańskim "Rozstaniem"? A z 2010 - poza "Autorem widmo" Polańskiego? No, jeszcze był turecki "Miód" Kaplanoglu...
Czy to, kto wygra, jest tu naprawdę takie ważne jak w Cannes? Jak co roku gorliwie nadganiam konkurs, żeby nie przeoczyć ewentualnego laureata. Raz po raz rozczarowanie - filmy albo zbyt konwencjonalne, albo pretensjonalne, albo sprowadzające się do słusznego przesłania, albo ilustrujące paranoiczną rzeczywistość w skali 1:1, bez żadnego katharsis, jak zrobił to Brillante Mendoza w "Captive".
Lepiej było iść na wagary, zlekceważyć konkurs - słabszy niż na Warszawskim Festiwalu Filmowym czy na Nowych Horyzontach, będący tylko przykrywką dla gigantycznego przeglądu - i układać sobie własny program, jak berlińczycy. Organizatorzy muszą chyba zdawać sobie sprawę ze słabości konkursu, bo dopiero ostatniego dnia, jak na pociechę, wypuszczają ten jedyny film naprawdę godny wielkiej nagrody: "War Witch" - "Rebelle" - "Wojenna wiedźma".
Reżyseria: Kim Nguyen, Kanadyjczyk z Quebecu. Realizacja w Kongu. Temat jak z filmów dokumentalnych: afrykańskie dzieci porywane przez partyzantów, uczone zabijania. Wiadomo, czym to pachnie: przerażeniem, rozczarowaniem do człowieczeństwa, złym proroctwem o przyszłości świata. Czy w skali globalnej nie panuje na Ziemi permanentna walka? Walka na śmierć i życie jest także elementarnym tematem filmów, ale w kinie staje się ona symbolicznym zmaganiem jasności i ciemności, musi prowadzić do zwycięstwa, podczas gdy współczesne kino arthouse'owe często z tego rezygnuje, stawia widza nad otchłanią bez dna i w rezultacie znieczula. Ale to nie jest przypadek "War Witch".
Dziewczynka spoza kadru opowiada swoją historię. Antyrządowi partyzanci napadli na wioskę, porwali dzieci. 12-letniej Komonie dali do ręki kałasznikowa, kazali zabić rodziców. "Zastrzel ich, bo inaczej zrobimy to maczetą. Będą cierpieli". "Zrób to" - mówią rodzice. Komona zabija. Zostaje żołnierzem. "Teraz broń będzie twoją matką i ojcem".
Wszystko to dzieje się błyskawicznie. Wypadki niezauważalnie prowadzą bohaterkę na stronę demoniczną. Ale nie całkiem, sprawa nie jest rozstrzygnięta. Nikt tu nie ginie do końca, zmarli są wciąż obecni i odkupienie jest możliwe, choć będzie wymagać nowych ofiar.
Historia Komony, opowiadana jak reportaż, zamienia się w baśń magiczną. Dziewczynka ma widzenia. Staje się "wojenną czarownicą" na usługach wodza, Wielkiego Tygrysa, ma dar dostrzegania wroga na odległość. Te zdolności będą prowadzić ją dalej, tak jakby była przez kogoś prowadzona. Zaczynają jej towarzyszyć zabici rodzice, cali biali, jak umazani wapnem. Czegoś od niej chcą. W dziewczynie zakochuje się żołnierz albinos o przezwisku Magik (dalekie skojarzenie z "La Stradą" Felliniego?). Komona nie chce zostać jego żoną, dopóki nie znajdzie on białego koguta - znaczący jest motyw bieli w tej bajce.
Wojna, partyzantka, zabijanie - nikną z pola widzenia. I nagle przypomną o sobie. Powtórzy się scena z zabiciem rodziców, ale tym razem Komona nie wykona rozkazu. Jednak zostanie sama, w ciąży. Będzie musiała jeszcze zemścić się na Wielkim Tygrysie i urodzić dziecko, modląc się o to, żeby go nie znienawidzić. Wszystko się uda, jeśli tylko spełni życzenie zmarłych rodziców, aby ich pochować. Tylko jak odnaleźć ich szczątki na śmietnisku, gdzie walają się kości zwierząt? Nic nie zostaje z człowieka? Wystarczy symbol: grzebień matki, koszula ojca, aby odeszli zadowoleni.
Scena tego pochówku - pozbawiona namaszczenia, prosta, "dokumentalna", jak cały film - ma w sobie coś z metafizycznego kina Felliniego, Kurosawy. Kim Nguyen przypomniał, że kino to symbol, nie tylko odwzorowanie tego, co widać. Pozwoliłem sobie opowiedzieć tę bajkę, z grubsza zdradzając jej treść, ale bajki na tym nie tracą, ludzie muszą je sobie opowiadać wciąż na nowo, żeby nie zapomnieli, kim są.