Nina Hoss w filmie Christiana Petzolda ''Barbara''
Fot. HANDOUT Reuters
Festiwal filmowy w Berlinie. Angelina Jolie pokazała kiczowaty film o wojnie w byłej Jugosławii. Filipińczyk Brillante Mendoza - brutalny film z Isabelle Huppert o jeńcach porwanych dla okupu przez islamskich terrorystów. A tak naprawdę o szaleństwie współczesnego świata
Hasło "Angelina Jolie" w Wikipedii zajmuje więcej miejsca niż "Dostojewski". W programie sekcji Berlinale Special znalazł się napisany i wyreżyserowany przez nią melodramat o wojnie w Bośni "Kraj krwi i miodu". Dla selekcjonerów liczył się zaangażowany temat i gwiazda wsławiona humanitarną działalnością, nie przeszkadzała im natomiast głupota filmu.
Jolie zrealizowała go w Bośni z miejscowymi aktorami, w lokalnym języku, z zachowaniem realiów wojny. Zewnętrzny realizm nie jest jednak w stanie zatuszować braku umiejętności budowania dramatu i pretensji do stworzenia tragedii o miłości nieznającej politycznych ani narodowych podziałów, która zostaje zniszczona przez wojnę 1992 r.
Alija, muzułmanka z Sarajewa, poznaje w dyskotece przystojnego Serba, w którym z miejsca się zakochuje. W lokalu wybucha bomba - tak zaczyna się wojna. Cudem uratowani zakochani spotykają się w nowych okolicznościach. On okazuje się serbskim oficerem. Ona znajduje się w gromadzie kobiet wywleczonych z domów przez podlegających mu czetników. Mężczyźni są rozstrzeliwani na miejscu, kobiety publicznie gwałcone. Jolie to wszystko skrupulatnie odnotowuje, biorąc wzory ze znanych filmów o ludobójstwie, po czym jakby nigdy nic wraca do przerwanego wątku miłosnego jak z Romance TV.
Oficer w gromadzie kobiet zawleczonych do koszar rozpoznaje Aliję. Miłość między nimi ożywa. Może dziewczyna chce wykorzystać swoją pozycję, aby pomóc swoim? Trudno powiedzieć. Wątek osobisty i wojenny nie dają się połączyć. Oglądamy spalony kraj, Srebrenicę, ludzi za drutami, widzimy spychacz zasypujący zwłoki w masowych grobach. Ale najważniejsza jest miłość. Jolie nie może jej odżałować - tak pięknie się kochali w koszarach.
Przyzwoitego człowieka poznasz po oczach
Jednym z lepszych filmów konkursu, bardzo cenionym przez niemiecką prasę, jest "Barbara" Christiana Petzolda - podróż do egzotycznego NRD lat 80. Nie wpadając w ton nostalgiczny, znany choćby z filmu "Good Bye, Lenin", udało się w nim pokazać wartość życia w tamtych czasach. Czekam, aż ktoś w naszym kinie powie coś podobnego o życiu w Polsce Ludowej, a tymczasem Niemiec, 50-latek, powiedział to o NRD. I to bez wybielania systemu i bez ideologicznego przegięcia. W ucisku tworzą się więzi międzyludzkie, które autor filmu nazywa "innym systemem" będącym reakcją na "system" odgórny i wszechobecny.
Młoda lekarka Barbara (Nina Hoss) za swoją nieprawomyślność zostaje zesłana do prowincjonalnego szpitala w miasteczku w pobliżu Bałtyku. Stara się nie wchodzić z nikim w komitywę, po dyżurze samotnie wraca do domu na rowerze. Cały czas jest inwigilowana. W wynajętym pokoiku ma niespodziewane rewizje. Przeprowadza je rutynowo zawsze ten sam znudzony funkcjonariusz, jakby niewierzący w to, co robi. Zachodnie marki zostały skutecznie ukryte w rurze od piecyka.
Na przemian z policją Barbarę odwiedza kochanek. Dostarcza jej pieniądze i organizuje ucieczkę na Zachód. Uciec można do Danii - przez morze, małą motorówką, nocą, najlepiej w sztormową pogodę. Ale sprawy nie potoczą się tak, jak było zaplanowane. Barbara zdecyduje inaczej, będzie komuś potrzebna tu, na miejscu. Jest gotowa oddać swoje miejsce komuś innemu, kto tego bardziej potrzebuje - uciekinierce z obozu pracy.
Były już filmy o zachodnioniemieckich lewakach, którzy marzyli o komunistycznym raju na Wschodzie. Były też filmy o uciekinierach z NRD marzących o kapitalistycznym raju. Ale czy był film o kimś takim jak Barbara - dostrzegająca całe zło systemu i mająca możliwość ucieczki, z której nie skorzysta? Nie jest to z jej strony ofiara, tylko szansa.
Postawa tej kobiety może się wydać wyidealizowana. Prowincjonalny lekarz, którego poznała - również zesłany, choć nie z powodów ideologicznych - to niemal enerdowski doktor Judym. Zawahanie Barbary nad decyzją ucieczki przypomina Conradowski wybór wierności, bezinteresowny akt solidarności, który nie niesie wymiernej korzyści. Precyzyjnie zapleciona sieć przypadków i komplikacji prowadzi do nieuchronnego, wiadomego rozwiązania, ale solidny "hollywoodzki" scenariusz dotyka jakiejś niewyrażonej prawdy. Petzold i jego współscenarzysta, znany artysta z pokolenia '68 Harun Farocki, w postaciach dwojga prowincjonalnych lekarzy, którzy stopniowo nabierają do siebie zaufania, pokazali ludzi, o których milczy historia i kino. Nie są ani konformistami, ani donosicielami. Nie są też opozycjonistami. Nie chcą uciekać z kraju. Zostają na miejscu. Pomagają innym. W którymś z polskich filmów z lat 70. Edward Żebrowski na pytanie, jak poznać przyzwoitego człowieka, odpowiada: po oczach. Tak właśnie rozpoznają się bohaterowie Petzolda.
Film sugestywnie odtwarza klimat enerdowskiej prowincji lat 80., panującą wtedy charakterystyczną ciszę. Dawne metody inwigilacji wydają się dziś prymitywne i staroświeckie. Obraz tamtego świata niczym już nie jest w stanie nas dziś przestraszyć. Totalitarne metody ucisku obejmowały całe społeczności i kraje, ale pozostawiały marginesy swobody, wyrabiały instynkt obchodzenia przeszkód, były przewidywalne. Mimo totalnej kontroli wiele spraw i rzeczy można było ukryć, przemycić. Odruchy ludzkiej solidarności były widoczne i nabierały wartości. Wewnętrzny opór hartował. Dlaczego w tym filmie tak poruszająca jest scena, gdy Barbara wraca ze szpitala na rowerze, mija przydrożny krzyż, szpaler drzew przygiętych od wiatru i jedzie dalej swoją drogą - w tych strasznych czasach, w tym strasznym NRD?
Gehenna w skali 1:1
Za chwilę w filmie Brillante Mendozy "Captive" poczujemy się jak jeńcy w 2001 r. schwytani dla okupu przez islamskich terrorystów, walczących o niepodległość wyspy Mindanao. Ich ponadroczna gehenna została odtworzona chronologicznie, w skali 1:1, dokumentalną kamerą, z ofiarną rolą Isabelle Huppert grającej pracowniczkę francuskiej akcji humanitarnej, która znalazła się w wielonarodowej grupie porwanych. Gdyby zacząć oglądać ten film od środka, nie wiedząc, że odtwarza on autentyczne zdarzenia, można by pomyśleć, że to reportaż ze szkoły przetrwania.
Kiedy po tygodniach wędrówki przez dżunglę porwani słyszą przez radio o ataku na WTC, wydaje im się, że cały świat znajduje się w rękach terrorystów, bezradny wobec ich rosnących żądań. W sekwencji, gdy terroryści wraz z jeńcami zajmują szpital pełen chorych, który następnie zostaje zaatakowany przez wojska rządowe - rzeczywistość paranoicznie się zagęszcza. Mendoza wydobywa charakterystyczną nieciągłość współczesnego świata, wielość rzeczywistości. Podczas ataku na szpital Huppert, czołgając się pod ostrzałem, telefonuje z komórki do francuskiej ambasady. Równocześnie w sali porodowej wśród krzyków zagłuszanych pociskami przychodzi na świat dziecko. W ogniu walki biegają reporterzy z kamerami. W środku dżungli jeńcy, obdarci, ranni, pokąsani przez owady, o wyglądzie troglodytów, będą udzielać wywiadów lokalnej telewizji mających przyczynić się do wymuszenia na rządzie milionowego okupu.
Podczas wędrówki zawiązuje się komitywa między jeńcami i partyzantami. Ktoś z porwanych zaczyna uznawać ich racje i oskarżać rząd. Młode dziewczęta zostają zmuszone do przejścia na islam i poślubienia partyzantów. Wszyscy razem biorą udział w obrzędach ślubnych.
To spiętrzenie rzeczywistości daje efekt halucynacyjny. Zaciera się granica między tym, co normalne, i tym, co absurdalne. Wojna miesza się ze zwykłym życiem. Podobnie jak w poprzednich filmach Mendozy - "Kinatay" ("Morderstwo") i "Lola" - zbrodnia jest na porządku dziennym, przestaje być czymś nadzwyczajnym, dzieje się tuż obok normalnego świata z jego szkołami, szpitalami i kościołami, znajdując polityczne i religijne uzasadnienie.
"Mamy trzy wyjścia - tłumaczą zakładnikom terroryści - możemy was zabić, nawrócić na islam lub wziąć za was okup, pozostawiając wam waszą wiarę. Tak mówi Koran". Wśród nieustannego zagrożenia życia następują momenty wytchnienia, nawet zachwytu - jak na widok przelatującego przez dżunglę rajskiego ptaka, nie wiadomo, na jawie czy we śnie.
Huppert przytula po macierzyńsku 12-letniego chłopca z karabinem, swojego strażnika, bojownika filipińskiego dżihadu, który nie zna życia poza walką i wierzy, że pójdzie do nieba. Chłopiec poddaje się jej pieszczotom, a za chwilę celuje w swoją opiekunkę z karabinu. W takich sielskich scenach na pograniczu koszmaru zabijania film Mendozy odsłania perwersję rzeczywistości, która tylko z pozoru jest daleka i egzotyczna. Tu, w Berlinie, ogląda się te obrazy jak groźne proroctwa, które wciągają, aby w rezultacie wzbudzić opór bezradnością artysty. Czy kinu zostaje już tylko odnotowywanie przemocy?