http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Berlinale. "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Daldry'ego oraz "Kara śmierci" Herzoga. Amerykańska śmierć

Tadeusz Sobolewski, Berlin
2012-02-10, ostatnia aktualizacja 2012-02-10 17:42

''Strasznie głośno, niesamowicie blisko''
''Strasznie głośno, niesamowicie blisko''
Fot. François Duhamel AP

Na pokazie prasowym "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Stephena Daldry'ego - chłodne przyjęcie. Zadziałały amerykańskie recenzje, idąca za filmem fama sentymentalnego kiczu, wyduszania łez z powodu 11 września.

Werner Herzog
Fot. Joel Ryan AP
Werner Herzog
Sprawa jednak nie jest tak prosta: niepowodzenie leży nie w koncepcji filmowej przypowieści, ale w wykonaniu - w nadmiarze piętrzących się namolnie symbolicznych wątków przejętych z powieści Jonathana Safrana Froera.



Chłopiec, którego ojciec zginął w płonącej wieży, wie, że go nie wskrzesi, mimo to dąży do niemożliwego. Rozpoczyna systematyczne, maniackie, trwające latami poszukiwanie rzekomej tajemnicy ojca zawartej w zakreślonych w gazecie słowach "non stop looking" - wezwaniu do nieustannego przyglądania się rzeczywistości, oraz w słowie "black" i w pozostawionym kluczyku. Rozpoczyna się detektywistyczna akcja, obejmująca cały Nowy Jork, prowadząca do rozbrajającego finału.



Ta przypowieść, godna Makuszyńskiego, co mówię bez ironii, jest metaforą dojrzewania, przezwyciężenia traumy śmierci. Nie zabraknie odsłuchiwania ostatnich nagrań ojca z wieży WTC. Nie chodzi jednak o rozdrapywanie nowojorskich ran, ale o powrót do życia, przeniesienie tragedii w wymiar symboliczny. Wchłonięcie jej, tak jak została wchłonięta hekatomba Drezna, z którego pochodzi w filmie i w powieści żydowska rodzina Schellów.



Sens filmu zawiera się w krótkim ujęciu przed czołówką. Błękitne niebo. Na jego tle - niewyraźna, graficzna sylwetka spadającego człowieka: jeden z emblematów 11 września. Wydaje się jednak, że ten człowiek nie spada w dół, tylko ulatuje w górę. O tym właśnie mówi ta bajka: o tym, jak nasi zmarli "idą do nieba". Niestety, przesłanie to zostaje tak donośnie, wielokrotnie wykrzyczane w filmie, że traci swoją moc i staje się kiczem.

"Kara śmierci" Herzoga

Werner Herzog z fascynacją odwiedzał w więzieniach wielokrotnych morderców. Mówił o tym przed kilku laty w publikowanym w "Gazecie" wywiadzie Michała Chacińskiego. Co go ciągnęło do tych ludzi? "Te zbrodnie dzielił dosłownie mały kroczek od normalnego życia, jakie prowadzi każdy z nas. Żyjemy jak zwykli ludzie i wystarczy jeden malutki gest. Co siedzi w sercu człowieka? Cywilizacja jest cieniutką warstewką...".

Po latach powstał film, zrealizowany ostatnio w USA, a właściwie seria czterech filmów: "Kara śmierci", którą pokazano na Berlinale. Herzog rozmawia twarzą w twarz ze skazanymi, czekającymi na egzekucję, której terminu nie znają. Każdy z dokumentów zaczyna się takim samym ujęciem: cela śmierci i przylegający do niej zielony pokój bez okien. Na stoliku Biblia i kwiaty. Wygląda to jak kaplica. W zielonym pokoju wykonuje się wyroki przez śmiertelny zastrzyk (tak jest w szesnastu z amerykańskich stanów, gdzie stosuje się karę ostateczną). Herzog nie dochodzi winy ani niewinności swoich rozmówców. Nie usiłuje ich bronić ani osądzać. Szuka tylko komitywy, ofiarowuje im rozmowę. Zastrzega się, że nie jest zwolennikiem kary śmierci, napomyka, że jest niechrześcijańska, ale ten film nie jest głosem w dyskusji.



Skazańcy stali się "bohaterami naszych czasów" - pozytywnymi bohaterami niezliczonych dokumentów. Ogląda się ich na ekranie jak postacie z reality show, znajdujące się w "ekstremalnych warunkach". Ale film Herzoga nie wpisuje się w tę kategorię. Jest w nim rodzaj trudnego braterstwa. Uderza łatwość kontaktu, jaki Herzog nawiązuje z każdą z tych osób - z Jamesem Barnesem, który zgwałcił kobietę, a następnie zabił ją i spalił razem z łóżkiem; z Hankiem Skinnerem, oskarżonym o zabicie swojej narzeczonej i jej dwóch synów.

Słuchamy razem z nim tych inteligentnych, świadomych siebie, wrażliwych ludzi. Herzog pyta o ich historię, o dzieciństwo, rodzinę, o sny. I o śmierć - której, jak mówią, nie boją się. Bohaterowie "Death Row" siedzą w klatkach, ale kiedy z błyskiem oczu opowiadają, gestykulują, śmieją się, wyglądają, jakby nie czuli tego ograniczenia. Mają niezwykle rozbudowane życie wewnętrzne. To właśnie fascynuje Herzoga: zachowanie ludzi w pułapce. Chodzi nie tylko o pułapkę więzienia i kary, ale o pułapkę zła, którego się dopuścili. To ich łączy z innymi, tak przecież różnymi bohaterami filmów Herzoga: szalonymi i dzielnymi, zbrodniczymi i niepełnosprawnymi. Wszyscy oni są w pułapce i usiłują z niej się wydostać.



Zakończenie filmu o Skinnerze przypomina kadry ze "Stroszka": jazda samochodem przez płaską, parterową, brzydką Amerykę. Kakofonia rzeczywistości. Potworne maszkarony reklam, śmietniska. Migają figury świętych - postaci jak ze stajenki betlejemskiej. Zrywa się burza, grad czy śnieg zawiewa szosę. Herzog odbywa tę podróż w imieniu swojego bohatera - chce, żebyśmy spojrzeli jego oczami na jego rodzinne strony, jego "Holy Land", do którego reżyser wraca jak gdyby za niego, kiedy tamten idzie na śmierć. Jest w tej zapamiętałej jeździe jedyne w swoim rodzaju spojrzenie Wernera Herzoga - stężenie absurdu, tragizmu, współczucia i zdumienia światem.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':