To nowe, światowe zjawisko: artyści z kręgu sztuk wizualnych wchodzą do kina, zaczynają realizować pełnospektaklowe, fabularne filmy. W 2010 roku Złotą Palmę w Cannes dostał tajlandzki "Wujaszek Boonmee". Teraz w kinach oglądamy "Wstyd" Steve'a McQueena. W Polsce jedną z pierwszych prób przeniknięcia z ekskluzywnej galerii sztuki do masowego kina jest "Z daleka widok jest piękny" Wilhelma Sasnala. W Szkole Wajdy swoje scenariusze przygotowują Oskar Dawicki i Zbigniew Libera. Polski Instytut Sztuki Filmowej wspólnie z Muzeum Sztuki Nowoczesnej powołał nagrodę dla artysty z pola sztuk wizualnych, która ma finansować realizację filmu fabularnego. Pierwszą edycję wygrał Libera. Wkrótce drugie rozstrzygnięcie konkursu.
Tadeusz Sobolewski: Czego właściwie uznani artyści szukają w kinie? Łukasz Ronduda*: Artyści potrzebują kina, bo oddziałuje ono raczej emocjonalnie niż intelektualnie. Potrzebują kontaktu z nie tylko profesjonalną, elitarną publicznością.
Co to znaczy? Mówi się, że w sztuce współczesnej "brakuje człowieka". - Coś w tym jest. Człowiek jest właśnie tym podstawowym medium, którego szukają w kinie artyści wizualni. Bohaterami sztuki współczesnej są często pojęcia, a nie ludzie. Jeżeli pojawia się człowiek, to jako pewien koncept, np. ofiara wykluczenia. Widz patrzy na niego, ale nie odczuwa identyfikacji jak z aktorem w kinie czy bohaterem w literaturze. W latach 70., kiedy w
Łodzi m.in. Józef Robakowski stworzył Warsztat Formy Filmowej, profesjonalni filmowcy z ówczesnego mainstreamu, tacy jak Kieślowski, atakowali artystów formy. Pytali: gdzie jest człowiek? Dziś artyści sami sobie stawiają to pytanie. Idą na kompromis z kinem.
Czego uczą się w Szkole Wajdy? - Ktoś, kto dotąd robił małe prace, małe instalacje, musi teraz odnaleźć się w formie dwugodzinnej, gdzie poszczególne sekwencje są powiązane w inny sposób niż dzieła w galerii. Dzieła na wystawie łączy pewna myśl, którą odbiorca ma odczytać - natomiast kino nie jest do czytania, tylko do przeżywania, wymaga dramaturgii, opowiadania. Może dlatego Sasnal najlepiej z artystów radzi sobie w kinie, że jest malarzem. Jemu było łatwiej wykonać krok z offu do mainstreamu.
Jednak kiedy oglądam film Sasnala, widzę przede wszystkim jego obrazy. Od razu da się rozpoznać założenie formalne: ci wiejscy ludzie mają przypominać świnie, są często tak kadrowani, że widzimy ich kadłuby jak świńskie tusze. To założenie przeszkadza mi nie dlatego, żebym oczekiwał, że człowiek na ekranie będzie "dobry". On może być najgorszy, ale chcę mu spojrzeć w oczy. Chcę takiej więzi z bohaterem jak w filmach braci Dardenne, Mike'a Leigh czy u Pawła Łozińskiego w "Miejscu urodzenia", gdzie na końcu spoglądamy w oczy domniemanemu mordercy Żyda. Mam wrażenie, że Sasnal boi się człowieka. Jego film działa odpychająco, na ekranie nie ma miejsca dla mnie. A ja od kina oczekuję właśnie tego, że powie coś o mnie. Nie "o człowieku", tylko o widzu. Moje pytanie brzmi nie: gdzie jest człowiek, tylko gdzie ja jestem w filmie? - Ten film jest celowo trudny w odbiorze. To mówi już tytuł. My, kulturalni ludzie, przywykliśmy rozmawiać o najbardziej traumatycznych rzeczach poprzez wyrafinowane formy estetyczne - czy to jest książka Grossa, czy film Spielberga o Holocauście. W obu przypadkach to widok z daleka. Nie dotykamy traumy, ale jakoś ją upiększamy. Film Sasnala jest celowo nieprzyjemny, nie powinniśmy się po nim czuć dobrze, to jest według mnie uczciwe.
Z kolei
szkoła filmowa uczy podpatrywania ludzi, domyślania się ich historii. Rzeczywistość jest zawsze bogatsza niż to, co chcemy z góry o niej powiedzieć, nierozpoznana do końca. Libera podkreśla, jak istotny jest dla niego kontakt z filmowcami takimi jak Wojciech Marczewski i ich spojrzenie na banalną rzeczywistość, która po prostu sobie istnieje, a my nie usiłujemy jej od razu poprawiać, oceniać, nie udajemy lepszych, mądrzejszych, bardziej świadomych. Nawet bohater filmowy, który jest "zły", nie jest określony do końca, sprowadzony do jakiejś społecznej etykietki.
Czy to znaczy, że artyści, którzy rozbijali schematy, dekonstruowali rzeczywistość, uczą się teraz opowiadania "normalnych" historyjek? - Nie, chodzi o proces wzajemnej wymiany. Gest założycielski sztuki współczesnej to porzucenie dyscypliny, odejście od reguł, permanentna rewolucja. Artyści wchodzący do kina paradoksalnie muszą sięgnąć ponownie po te elementy, które sztuka odrzuciła. Konfrontują się z podstawowymi zasadami dramaturgii. Ponadto robimy próby z aktorami, obserwujemy tworzenie się postaci. Jest w tym jakaś magia. Powstaje rzeczywistość, w którą się wierzy, a nie ją demaskuje. Bywa, że w rezultacie, pod wpływem tego procesu, artysta-demaskator przynosi całkiem konwencjonalny scenariusz. Ale paradoksalnie taki scenariusz jest odrzucany. I wtedy następuje powrót do pierwotnej wersji, którą zaproponował artysta, tylko wzbogaconej o doświadczenie z kinem.
W scenariuszu Dawickiego bohaterem staje się on sam. Zbigniew Libera, który dotąd robił filmy quasi-dokumentalne, teraz wprowadza aktora. W nowej edycji konkursu spodziewamy się projektów Katarzyny Kozyry, Wojtka Bąkowskiego, Joanny Rajkowskiej. Co rok będą się pojawiały nowe filmy artystów.
To ważne spotkanie. Kino potrzebuje dopływu świeżej krwi. - Dla nas, ludzi z kręgu sztuk wizualnych, ten moment przejścia jest ekscytujący.
*Łukasz Ronduda - krytyk sztuk, kurator warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej, absolwent Szkoły Wajdy, współautor scenariusza Oskara Dawickiego.