http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pół żartem, pół serio. Naprawdę

Jacek Szczerba
2012-02-03, ostatnia aktualizacja 2012-02-04 15:32

"Mój tydzień z Marilyn"
Fot. LAURENCE CENDROWICZ

Czas i miejsce: połowa lat 50., Londyn. Osoby: Marilyn Monroe, Arthur Miller, Vivien Leigh i Laurence Olivier. Między tą czwórką rozgrywa się spektakl zazdrości, ambicji i miłości. Film, który to odtwarza, może zgarnąć tegoroczne aktorskie Oscary. Od dziś w kinach "Mój tydzień z Marilyn"


Fot. LAURENCE CENDROWICZ
"Mój tydzień z Marilyn"

Fot. Forum Film
"Mój tydzień z Marilyn"
GALERIA ZDJĘĆ
SERWISY
Film Simona Curtisa jest, przynajmniej częściowo, oparty na faktach. Rozgrywa się w 1956 r. podczas realizacji komedii Laurence'a Oliviera "Książę i aktoreczka" według sztuki Terence'a Rattigana.

W tamtym filmie Olivier (nominowany do Oscara Kenneth Branagh) grał Karola, władcę fikcyjnej Karpatii, który zakochuje się w chórzystce z Brooklynu granej przez Monroe (Złoty Glob dla Michelle Williams, która także ma szansę na Oscara). Akcja "Księcia..." dzieje się w roku 1911, gdy europejscy monarchowie zjechali do Londynu na koronację Jerzego V i królowej Marii.

W "Moim tygodniu z Marilyn" Monroe - która przyjechała do Anglii ze swym mężem, dramaturgiem Arthurem Millerem (Dougray Scott) - popada w konflikt z Olivierem. Różnią się stylem pracy - ona wierzy w metodę rodem z Actors Studio, więc ciągle pyta o motywację swej postaci, a on jej tłumaczy: - Po prostu bądź sexy. Poza tym Olivier źle znosi jej psychicznie załamania i chroniczne spóźnianie się na plan.

Ich spór oglądamy z perspektywy Colina Clarka (Eddie Redmayne), młodego asystenta Oliviera, który, zauroczony Monroe, wzdycha też do zajmującej się kostiumami Lucy (Emma Watson). Kręceniu filmu przypatruje się również zazdrosna żona Oliviera Vivien Leigh (Julia Ormond), która przed laty grała z nim tę samą rolę w teatrze.

"Mój tydzień z Marilyn" to sprawnie nakręcona opowieść "z życia sławnych ludzi", ale tak naprawdę to film o miłości. Wszyscy spotykający Marilyn zakochują się niej, na różne sposoby, choć dobrze zdają sobie sprawę, że będzie to dla nich bolesne doświadczenie. Z kolei ona sama wzdycha, że ci, który pokochała, nieodmiennie od niej odchodzą. Dlaczego? - Nie mogę przy niej pisać, nie mogę przy niej myśleć. Ona mnie pożera - żali się Olivierowi filmowy Arthur Miller. I to jest jakaś odpowiedź.

Głównym problemem filmu było oczywiście obsadzenie roli Monroe. Michelle Williams udało się oddać powikłaną psychikę aktorki - skrzywdzonego dziecka ociekającego destrukcyjnym seksapilem. Gorzej jest w filmie z jej fizycznością: w niektórych ujęciach Williams nadaje się na Monroe, w innych z kolei mało ją przypomina. Może nie przeistoczyła się w Monroe, lecz gra ją dobrze.

Zachęcając do obejrzenia fabuły Curtisa, przypomnijmy sobie, kim była wówczas piątka najważniejszych postaci, o których ona opowiada.

1. Marilyn Monroe (1926-62)

Była już wówczas gwiazdą. Reklamowano ją jako "dziewczynę, która może rozmrozić Alaskę". Ona i Miller przylecieli do Londynu z bagażem liczącym 27 sztuk, z czego tylko trzy należały do Millera. Ginu do herbaty Marilyn żądała już o 9 rano, przed wyjściem na plan. Przeżyła szok, znalazłszy na stole kartkę ze złośliwymi zapiskami Millera na jej temat. Zresztą w sztuce "Po upadku" napisanej po śmierci Monroe i jej poświęconej Miller użył sceny ze znalezieniem kartki.

Monroe nie dbała o ich dom: "Zostawia otwarte tubki z pastą do zębów, rozrzuca ubrania po podłodze, nie zakręca kranu w umywalce, nie gasi światła". Ciągle jest na prochach uspokajających (nembutal). Gdy przeżywa zapaść, Miller wzywa pogotowie. Uratowana z wdzięczności całuje go po rękach. Bardzo chciała mieć dziecko, ale - jak dociekają biografowie - przeszła aż 12 aborcji.

W powieści biograficznej o Monroe Norman Mailer napisał: "Fundamentem jej sztuki była umiejętność przemawiania do każdego mężczyzny w taki sposób, jakby był on jedynym samcem w jej zasięgu". Sama doceniła swój magnetyzm dopiero po występach dla armii amerykańskiej: "Myślę, że nie zdawałam sobie sprawy z wrażenia, jakie robię na ludziach, dopóki nie pojechałam do Korei". Jej urodę podrasowano. O 32 lata starszy i zakochany w niej Johnny Hyde (umarł tuż przed pojawieniem się Millera) namówił Marilyn na operację nosa i poprawienie zarysu szczęki.

Ponoć studiowała każde zdjęcie, jakie zrobił jej fotograf. To znaczy zabierała je do domu i badała całymi godzinami. A potem wracała i pytała fotografa: "Co robię źle na tym zdjęciu?" albo "Dlaczego nie wyszłam lepiej?". On jej odpowiadał i nigdy nie powtarzała tego samego błędu.

Za to jej wizażysta wyjaśniał: "Marilyn zna triki, o jakich nikt nie wie i jakich nikt nie potrafiłby zastosować. Sama na nie wpadła. Ma swoisty sposób obrysowywania oczu i kładzenia cieni na powiekach. Maluje się specjalną szminką; tajemnica polega na mieszaniu trzech różnych odcieni. Kiedy ma grać w scenie miłosnej, nadaję jej wargom wilgotny połysk, najpierw nakładając na nie szminkę, a potem błyszczyk. Błyszczyk sporządza się z wazeliny i wosku wedle trzymanego w sekrecie przepisu".

Monroe nie nosiła bielizny, ale sypiała w biustonoszu, bojąc się o kształt piersi. Gdy znaleziono ją martwą - 5 sierpnia 1962 r. - była w łóżku naga.

Przyszła na świat w roku śmierci Rudolfa Valentino, a odciski jego stóp na podjeździe Grauman's Chinese Theatre były jedynymi, do których pasowały jej stopy. Po "Księciu i aktoreczce" wystąpiła w "Pół żartem, pół serio". Zamiast, jak było umówione, o 9 rano przychodziła na zdjęcia o 16. Potrzebowała 47 dubli, by powiedzieć zdanie: "To ja, Sugar". Reżyser Billy Wilder nabawił się przez nią skurczu mięśni pleców i musiał spać w fotelu.

W ostatnich latach życia nigdy nie wynajmowała apartamentu hotelowego, który nie miałby dwóch wyjść. W maju 1962 r., kolosalnie spóźniona, zjawiła się w nowojorskiej Madison Square Garden i zaśpiewała Kennedy'emu: "Happy Birthday, dear President". Nie wiemy, co naprawdę ich łączyło. Zmarła, bo miała śmiertelne stężenie nembutalu we krwi, ale nie było go w jej żołądku. Czyżby żołądek jej wypłukano? A może nembutal został jej wstrzyknięty? Mam nadzieję, że ktoś nakręci kiedyś film "Monroe - ostatnie dni".

2. Sir Laurence Olivier (1907-89)

Zwany Larrym. Uważa się, że to największy z aktorów mówiących po angielsku. Zdobył dwa Oscary, miał 12 nominacji. Przed "Księciem i aktoreczką" reżyser Joshua Logan, z którym Monroe właśnie skończyła "Przystanek autobusowy", radził Olivierowi: "Ona wie więcej o robieniu filmów niż ktokolwiek na świecie. Nie należy wydawać jej poleceń, to ją zestresuje i nic z niej pan już nie wydobędzie".

Choć Monroe strasznie go wymęczyła, Olivier przyznał w pamiętnikach: "Ludzie uważali, że byłem świetny, a Marilyn! Marilyn była wspaniała, najlepsza. A więc? Wszystko jest możliwe na tym świecie".

Olivier był synem duchownego anglikańskiego, przez pięć pokoleń mężczyźni z jego rodu byli duchownymi. Matkę stracił, mając lat 12. Gdy jako 16-latek chciał ruszyć za bratem do Indii i pracować na plantacji, usłyszał od ojca: "Co za pomysł! Ty pójdziesz na scenę".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':