Przyjemnie stwierdzić: to był dobry rok polskiego kina. Taka ocena nie musi się od razu przekładać na główne nagrody na międzynarodowych festiwalach, czy na Oscara (na którego skądinąd liczymy). Uniwersalność można też mierzyć inną miarą. Na przykład taką, czy nasi reżyserzy w swoich filmach pozbywają się myślenia "postkolonialnego". I jak patrzą na przeszłość: nie z punktu widzenia podbitego narodu, ale z wnętrza rodziny czy grupy przyjaciół.
Rafael Lewandowski, Polak z pochodzenia, a zarazem Francuz, zrobił film o ojcu agencie i kochającym synu, który go kryje przed lustratorami i aby go ochronić, sam popełnia przestępstwo. "Kret" z Marianem Dziędzielem i Borysem Szycem dotyka tajemnicy rodzinnej, która nie daje się wyjaśnić w języku ideologii, ale w uniwersalnym języku tragedii.
Świetne "80 milionów", oparty na faktach i nakręcony z humorem film sensacyjny Waldemara Krzystka, to pierwszy od czasu "Człowieka z żelaza" obraz o solidarnościowych czasach, w którym czuje się prawdziwą temperaturę życia w PRL-u, klimat społeczny, którego nie tworzyły tylko kolejki do sklepów, ale energia i niefrasobliwość młodych.
Był to rok aktorów - filmów pisanych specjalnie dla nich. Roma Gąsiorowska w "Ki" Leszka Dawida - ciekawym filmie bez tezy - wcieliła się w postać samotnej kobiety z małym dzieckiem, trochę ofiary sytuacji, a trochę sprawczyni swoich kłopotów, dobrej-złej, głupio-mądrej, a tak charakterystycznej, że niejednemu widzowi zdawało się, że kogoś takiego znał.
Jest aktorem klasy De Niro czy Hackmana - mówiło się o Robercie Więckiewiczu po premierze "Wymyku" Grega Zglinskiego i pierwszych pokazach "W ciemności" Agnieszki Holland. Ten aktor - z gatunku tych, co "nie grają, tylko są", przenosi z filmu na film postać mężczyzny niosącego skazę, grzesznika obdarzonego świadomością. Taki jest Alfred z "Wymyku" - gorszy brat, swojski Kain z okresu młodego kapitalizmu, typ szalenie polski, przepełniony zazdrością, udający chojraka, słaby i manifestujący siłę. Zglinski - kolejny Polak z zagranicy - w formie ostrego thrillera opowiedział o jego wewnętrznej przemianie.
Dwa tegoroczne filmy - "Wymyk" i "Erratum", debiut Marka Lechkiego ze świetnymi rolami Tomasza Kota i Ryszarda Kotysa - wspaniale kontynuują linię kina sumienia i świadomości, które powstawało niegdyś w zespole "Tor" za czasów Różewicza, Żebrowskiego, Zanussiego i Kieślowskiego.
Wyczynem koncepcyjnym i realizatorskim był kostiumowy "Daas" - debiut Ariana Panka, kunsztowna i przewrotna kreacja, utrzymana w tradycji późnych filmów Hasa, film dziejący się w końcu XVIII wieku na dworze austriackim, gdzie wpływy uzyskał podający się za mesjasza Jakub Frank. Bardzo współczesna jest ta wizja świata, w którym porządek rzeczy został naruszony, a prawda wymyka się z rąk.
Dorota Kędzierzawska w filmie "Jutro będzie lepiej" - koprodukcji polsko-rosyjsko-japońskiej - opowiada swoją "historię o marzeniu", o małych uciekinierach z Rosji, przedzierających się przez graniczne zasieki, o świecie widzianym z perspektywy dziecka. Jej filmy, niedoceniane w Polsce, oczekiwane na festiwalach, tworzą osobny podgatunek, bajkowo-dokumentalny.
Prawdziwy sukces kinowy u młodej widowni odniosła "Sala samobójców" dwudziestokilkuletniego Jana Komasy. Odebrałem ten film na chłodno, narzekałem na mechaniczność w prowadzeniu postaci. Widzowie bliżsi wiekiem licealistom z "Sali samobójców" traktują go nie realistycznie, a symbolicznie, w konwencji antybajki o pułapkach internetu, Facebooka, gier wyobraźni. O kulturze, która głosi nieustanną pochwałę "autentyzmu", a która w gruncie rzeczy jest kulturą masek, o świecie, w którym łatwo znaleźć się na marginesie, gdzie nie szanuje się outsiderów, gdzie panują nowe, wyrafinowane metody prześladowania innych. Czy Komasa, realizujący teraz film o młodych powstańcach warszawskich, będzie głosem swego pokolenia?