Od jutra w kinach "Chłopak do towarzystwa". Uwodzące dziwnościami niezależne kino spod znaku amerykańskiego festiwalu Sundance nigdy nie było tak popularne jak dzisiaj
Kiedy Louis (odgrywający po raz kolejny podobną postać Paul Dano) jeszcze jako nauczyciel literatury angielskiej na prowincji zdaje sobie sprawę, że żyje pozorami, zatapia się w lekturę "Wielkiego Gatsby'ego" Fitzgeralda. Kiedy rozmyśla o miłości, na którą jego zdaniem nie ma w życiu szans, czyta "Plac Waszyngtona" Jamesa. "Czasem wyobrażam sobie, że jakiś narrator opowiada o mnie jak o bohaterze przedwojennej powieści" - wyznaje w przypływie szczerości koleżance z pracy. I takiego właśnie narratora słyszymy w filmie z offu - nieco pompatycznego, czasem moralizującego, ale przede wszystkim szukającego w dość przeciętnym życiu młodego chłopaka głębszego sensu.
Przeciętność Louisa doprawiona jest efektownymi znakami szczególnymi. W kontaktach z ludźmi zachowuje się autystycznie, wypowiada się z nienaturalną emfazą, jest manieryczny w swoim wiecznym zdziwieniu światem. Jednocześnie ma słabość do damskiej bielizny, marzy o wizytach w klubie dla transów, a w roli ukochanej wyobraża sobie siebie samego przebranego za kobietę. Zwalniająca go dyrektorka szkoły w Princeton radzi mu wyjazd do Nowego Jorku: "To miejsce dla takich jak pan". Co Louis faktycznie zrobi, by "odnaleźć samego siebie".
Niezależne kino z Ameryki uwielbia outsiderów, o czym reżyserska para Shari Springer Berman i Robert Pulcini wie doskonale. "Chłopaka do towarzystwa" opierają na zderzeniu różnej maści ekscentryków. Jest wśród nich długowłosy John C. Reilly jako sąsiad mówiący głosem chłopca przed mutacją, 92-letnia miliarderka uwielbiająca pieczone kurczaki z fast foodów, ale przede wszystkim Kevin Kline jako Henry, współlokator Louisa, jego nieudolny przewodnik po Nowym Jorku i groteskowy mentor.
To dramaturg, ale niespełniony (jego sztuka, która miała być arcydziełem, została mu wykradziona). Arystokrata inteligent i fantasta. Cwaniak znający sposoby na załatwianie się na ulicy i pójście do opery bez biletów, w swoich przekrętach przewidywalny i tandetny. Ma stary, przeżarty rdzą samochód, zwyczaj chowania listów w lodówce i nawyk tańczenia w samotności do głośnej muzyki. Tyle że te cechy nie składają się w postać, ale w mętną figurę dziwności i nieprzystosowania.
Główne zajęcie Henry'ego to - zgodnie z tytułem - wchodzenie w rolę zabawiacza starych kobiet. Jak tłumaczy zdziwionemu Louisowi: "One płacą szampanem, wykwintnym posiłkiem, muzyką symfoniczną. Ja zapewniam pełen pakiet: dowcip, intelekt i radość życia". Ów układ wzajemnych korzyści niebezpiecznie przypomina jednak pakt zawierany między twórcami niezależnego kina rodem z Sundance i jego widzami. Ci pierwsi oferują coraz częściej to, co wielokrotnie już się sprawdziło - niespieszną fabułę, ekscentrycznych bohaterów, tragikomiczny ton i morały o wsłuchiwaniu się w siebie. Drudzy dostają kino ze snobistyczną etykietką "artystyczne", nawet jeśli to tylko blada kopia znanych już filmów.
Nieco przesadzam, bo w Sundance wciąż pojawiają się przecież tytuły intrygujące świeżością. Na festiwalu filmowym wymyślonym przez Roberta Redforda swoje premiery miały w ostatnich latach m.in. "Wojna Restrepo", "Królestwo zwierząt", "Ballast", "Polański: ścigany i pożądany", "Druga Ziemia" czy "Blue Valentine". Niektóre z nich przechwytuje oscarowa machina ("Hej, skarbie", "Slumdog. Milioner z ulicy"), jeszcze inne pokazywane są przez festiwale od Berlina po wrocławski American Film Festival. Ale tego, że niezależni twórcy ze Stanów coraz bardziej zaczynają powielać samych siebie, trudno nie zauważyć.
Sundance to dziś zresztą nie tylko festiwal, ale też coraz lepiej sprzedająca się metka, biznes. Jego elementem stał się uruchomiony w 1996 r. - przy udziale m.in. Universal Studios i CBS Networks - kanał telewizyjny Sundance Channel, w którym Redford pełni funkcję dyrektora kreatywnego. Docenione już - a czasem premierowe - filmy, programy telewizyjne, seriale emitowane są na antenie, ale też dostępne na żądanie, również w Polsce, gdzie kanał wprowadziła do swojej oferty sieć kablowa UPC.
Słusznie, bo polski widz ma do sundance'owego kina ewidentną słabość. Nawet jeśli "Chłopak do towarzystwa" to tylko kolejna bajka o nadwrażliwych fajtłapach, jego humor bywa zanadto farsowy, a historia prowadzi donikąd, publiczności to nie przeszkodzi. W końcu, jak uczy przykład Henry'ego, od głębokiej więzi ważniejsze jest czasem sympatyczne towarzystwo.
"Chłopak do towarzystwa", reż. Shari Springer Berman i Robert Pulcini, USA 2010, dystr. Kino Świat