http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rewolucja? Śmiechu warte!

Wojciech Orliński
2010-06-02, ostatnia aktualizacja 2010-06-02 08:59

YouTube nie przyniósł więc ani demokratyzacji kultury, ani też nie stworzył konkurencji dla tradycyjnego dziennikarstwa - o YouTube pisze Wojciech Orliński

Wojciech Orliński
Wojciech Orliński
Jessica Lee Rose, znana w YouTube jako Lonelygirl15
Jessica Lee Rose, znana w YouTube jako Lonelygirl15
SONDAŻ
Co najczęściej oglądasz na YouTube?

Teledyski (oficjalne i fanowskie)
Seriale, filmy i programy telewizyjne(zanim je wykasują)
Amatorskie (najczęściej śmieszne) filmy
Inne
A co to jest YouTube?

YouTube od początku przyciągnął badaczy cyfrowej kultury, którzy podzielili się na dwa obozy, sceptyków i entuzjastów. Symbolicznym przedstawicielem tego drugiego jest prof. Henry Jenkins, którego cytuje Zbigniew Basara.

W jego tekście nie pojawia się nikt ze szkoły sceptyków. A szkoda, bo pięć lat YouTube wykazało, że to oni od początku mieli rację. Ich symboliczny przedstawiciel Andrew Keene w swoim "Kulcie amatora" już w 2007 r. odpowiedział dokładnie na to samo pytanie, które Basara zadaje w swoim tekście kolejnemu entuzjaście: "dlaczego użytkownicy YouTube nie odkryli dotąd żadnego poważnego newsa?". Czy to kwestia czasu, jak twierdzi rozmówca Basary? Nie - odpowiedział Keene już trzy lata temu. Swoją książkę pisał świeżo po wielkim blamażu, jaki dziennikarstwu obywatelskiemu przyniósł huragan "Katrina".

Zdawałoby się, że blogi i YouTube stworzone są do takich sytuacji - zanim ekipa CNN zdąży się rozstawić ze swoimi kamerami, na miejscu już są przecież ludzie filmujący kataklizm komórkami. Wydawałoby się, że "Katrina" powinna zadać ostateczny cios tradycyjnemu dziennikarstwu telewizyjnemu, które nie ma szans wyprzedzić amatorów będących na miejscu.

Tymczasem filmiki z YouTube przynosiły kompromitującą dezinformację. Ich autorzy sami do końca nie wiedzieli, co filmują, opatrywali je więc sensacyjnymi komentarzami, które - jak się okazało - były najczęściej powielaniem plotek i legend miejskich. A więc kogoś rzekomo sfilmowano przy wysadzaniu wałów, gdzieś rzekomo zarejestrowano masakrę w Superdome - wszystko to okazywało się bzdurą.

Człowiek, który chciał się dowiedzieć, co tam się naprawdę dzieje, musiał wrócić do mediów tradycyjnych.

Keene uzasadnia to rozmowami z wydawcami tradycyjnych mediów - którzy naprawdę z przyjemnością wyrzuciliby dziennikarzy na bruk, gdyby mogli ich zastąpić darmowymi materiałami amatorów.

Nie mogą, bo materiały amatorów są warte tyle, ile kosztują. Porządne dziennikarstwo śledcze wymaga utrzymywania na etacie kogoś, kto choćby i przez kilka miesięcy zajmuje się jednym tematem. Na taki luksus mogą sobie pozwolić tylko tradycyjne media, i to tylko te największe. Amator jednak - o ile nie jest ekscentrycznym milionerem - musi zawodowo zajmować się czymś innym.

Nie ma więc szans na "dotarcie do prawdziwego newsa". Bo nawet jeśli będzie stał w samym epicentrum jakiegoś wydarzenia, nie będzie wiedział, co się dzieje i w co ma wycelować swoją komórkę.

Okazało się, że sceptycy mają rację także w kwestii demokratyzacji kultury, którą miało nam przynieść YouTube. Sam pamiętam pierwsze dni entuzjazmowania się nową platformą i przekonanie, że tego się nie da cenzurować, bo tego jest po prostu za dużo...

Nieprawda - YouTube we współpracy z posiadaczami praw autorskich decyduje na przykład o tym, co można oglądać na jakim terytorium. Chyba każdy użytkownik tego serwisu choć raz widział komunikat: "To wideo nie jest dostępne w twoim kraju".

Pal sześć, że to oznacza, że nowy teledysk Gorillaz Polacy w Warszawie obejrzą znacznie później od Polaków w Londynie. Pomyślmy jednak, jakim błogosławieństwem ta technologia jest dla chińskiego reżimu - zresztą, czy można wykluczyć, że u nas też pewnego dnia zakazane staną się filmiki szydzące z Ojca Dyrektora? To jedna ustawa na Wiejskiej i potem jeden ruch myszką w siedzibie Google (właściciela YouTube).

Popularnym fenomenem YouTube były przez pewien czas fałszywe napisy do filmu "Upadek" Hirschbiegla, w którym wybuch wściekłości i rozpaczy Hitlera na wieść, że jego armia nie wykonała jego nierealnego rozkazu, przekładano na różne wydarzenia z dnia codziennego. Moim ulubionym był polski filmik, w którym Hitler dowiadywał się o zamknięciu klubu Jadłodajnia Filozoficzna i rozpaczał, że nie ma już szans pójść na imprezę taneczną, na której nie będzie leciała Lady Gaga.

W ciągu jednego dnia YouTube wykasował wszystkie te filmiki, bo zażądał tego posiadacz praw autorskich. To oczywiście zgodne z prawem, ale to pokazuje też, jak potężnymi narzędziami kontroli treści dysponuje Google w swoim serwisie.

To już nie jest tradycyjna ręczna cenzura, w której żywy człowiek musi obejrzeć materiał i zaklasyfikować: to cenzura 2.0 prowadzona przez komputerowy program wykrywający niedozwolone treści w tysiącach amatorskich filmików. Od wyroku programu nie ma oczywiście żadnego odwołania, nie można go też próbować przechytrzyć grą taką, jakie podejmowali peerelowscy artyści.

YouTube nie przyniósł więc ani demokratyzacji kultury, ani też nie stworzył konkurencji dla tradycyjnego dziennikarstwa. Decydujący cios być może zadał natomiast telewizyjnym programom typu "Śmiechu warte", bo teraz już filmiki o tym, jak pod stryjenką Helenką zapadł się leżak, wysyłamy do internetu, a nie do Tadeusza Drozdy.

I tyle z tej rewolucji wyszło.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':