Czterech generałów, cztery strony wojny: Anders. Gra ze Stalinem | Sikorski. Wojna domowa na emigracji | Berling. Nie będę bolszewikiem | Bór-Komorowski. Skok w przepaść
>
Jak zachować się wobec wkraczającej na tereny II Rzeczypospolitej Armii Czerwonej? Czy w okupowanej przez Niemców Warszawie powinno wybuchnąć powstanie? A jeśli ma wybuchnąć, to kiedy?
Te dylematy, najważniejsze jakie stanęły przed Armią Krajową, przyszło rozstrzygać jej trzeciemu z kolei dowódcy, gen. Tadeuszowi Borowi-Komorowskiemu.
Na żadne z tych pytań nie było dobrej odpowiedzi.
Decyzje kawalerzysty Stalin już od września 1939 roku nie krył, że przedwojenne polskie kresy zamierza zatrzymać w granicach Sowietów. Gdy w styczniu 1944 roku jego żołnierze przekraczali przedwojenną granicę Polski, emigracyjny rząd w Londynie już od kilku miesięcy nie utrzymywał stosunków dyplomatycznych z ZSRR. Kreml zerwał je po ujawnieniu zbrodni w Katyniu, kiedy polskie władze zwróciły się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o oficjalne wyjaśnienie kulis zbrodni i wskazanie sprawców.
Walka z wkraczającymi w przedwojenne granice oddziałami Armii Czerwonej była militarnym niepodobieństwem, politycznie zaś - skończyłaby się katastrofą. Świat zrozumiałby to jako stanięcie u boku Hitlera. Ale poddanie się Sowietom bez próby stawienia im czoła także byłoby katastrofą. Więcej - zdradą.
Więc jak zachować się wobec sowieckich czołgów wtaczających się do stolicy państwa polskiego? Nie wywoływać powstania, czekać aż okupantów w mundurach feldgrau zastąpią ni to sojusznicy, ni to okupanci w szynelach, a wtedy ujawnić się i grać wobec nich rolę prawowitych gospodarzy? A jeśli NKWD po prostu prawowitych gospodarzy aresztuje? I czy w ogóle uniknięcie powstania jest możliwe? Czy udręczona ludność Warszawy nie uderzy spontanicznie, bez planu i cienia szans na sukces, na znienawidzonego okupanta?
Czy raczej uderzyć na wycofujących się z Warszawy Niemców, przetrzymać do wkroczenia Armii Czerwonej i... No właśnie - i co? Wpuścić do miasta, pozwolić zalać sołdatami ulice, tolerować przejęcie kontroli militarnej nad miastem? A jeśli Sowieci zaczną aresztowania? Więc może inaczej, może wyzwoloną Warszawę potraktować jak redutę, postawić barykady, Sowietów nie wpuszczać. A jeśli uderzą - walczyć?
Kwestie, których emigracyjny rząd nie był w stanie wyjaśnić w rozmowach z aliantami, nie mówiąc o Stalinie, rozstrzygnąć musiał gen. Bór-Komorowski. Historia obsadziła w roli męża stanu zawodowego kawalerzystę i wybitnego sportowca.
Ck oficer ucieka z ckm-em Urodził się w rodzinie ziemiańskiej w zaborze austriackim, przysługiwał mu tytuł hrabiego. Ojciec, były powstaniec styczniowy, zaszczepił mu marzenie o Polsce niepodległej, ale także zamiłowanie do jeździectwa i myślistwa.
W 1913 roku, zaraz po ukończeniu
gimnazjum we Lwowie wstąpił do sławnej austriackiej akademii wojskowej - wiedeńskiej Franz-Joseph-Militärakademie. Jej ukończenie było przepustką do kariery w ck armii. Swoim kolegom tłumaczył, że odrodzona Polska będzie potrzebowała dobrze wykształconych żołnierzy.
W sierpniu 1914 roku, gdy kompania kadrowa Józefa Piłsudskiego wymaszerowała z krakowskich Oleandrów, Tadeusz Komorowski nadal studiował w Militärakademie. Podczas I wojny światowej nigdy nie był podwładnym brygadiera Piłsudskiego. Po wojnie, w niepodległej Polsce, nie stał się piłsudczykiem.
Od 1915 roku walczył w randze porucznika kawalerii w szeregach ck armii. Został dowódcą plutonu karabinów.
W listopadzie 1918 roku wraz z grupą polskich podwładnych porzucił front włoski i przez pół Europy dowiózł do koszar w Dębicy prawdziwy skarb - kilka austriackich ckm-ów.
W Dębicy nie było już jego dawnego austriackiego pułku strzelców konnych. W poaustriackich koszarach rotmistrz Józef Dunin Borkowski formował pospiesznie polski pułk jazdy.
Ułani na krowiej ścieżce Por. Komorowski z miejsca stał się prawą ręką Borkowskiego. Wkrótce wysłał wyróżniającego się oficera z niewielkimi siłami jazdy i piechoty na front ukraiński pod Lwowem. Pod Mościskami por. Komorowski walczył niemal pół roku, potem dowodził szwadronem karabinów maszynowych. Zdarzyło się, że ze 170 ułanami musiał utrzymywać trzydziestokilometrowy odcinek frontu. Tę niewykonalną misję wypełnił, nękając przeciwnika nieustannymi wypadami.
W wyprawie kijowskiej rtm. Komorowski dowodził już dywizjonem w swoim 9. Pułku Ułanów. A gdy dowódca 12. Pułku Ułanów został ranny, zastąpił go Komorowski. Trudno o większy dowód uznania i zaufania dla młodego oficera.