"A lato było piękne tego roku", napisał Gałczyński w wierszu ku czci żołnierzy z
Westerplatte i oni, w znacznej mierze za sprawą poety, stali się symbolem bohaterskiego Września. Niewiele wcześniej, jeszcze z początkiem tego samego pięknego lata, faszyzujące "Prosto z mostu" drukuje poemat miłosny Gałczyńskiego "Noctes Aninenses".
Poezja dopisywała wszystkim tego roku. W "Wiadomościach Literackich" Maria Pawlikowska-Jasnorzewska opiewała różę, która "wznosi ku niebu swoje płonące łuczywo". Młoda poetka Zuzanna Ginczanka wczuwa się lepiej w nastrój owego lata: "są znaki, że będzie wojna, kometa orędzia mowy. Są znaki, że będzie miłość, serce, zawroty głowy". Tylko nie było żadnych znaków, że przyjdzie zagłada i że Zuzanna Ginczanka zginie w warszawskim getcie.
Być może dlatego, że było tak pięknie, wojna wydawała się szczególnie mało prawdopodobna, wciąż do uniknięcia. Po prostu nie było sensu nikogo zabijać ani tym bardziej ginąć. Tym, którzy jeszcze pamiętają (są tacy) ostatni sezon w Juracie, rozbłyskują oczy na samo wspomnienie. Podobno jeśli ktoś nie był tam wówczas młody, zdrowy i przy jakichś przyzwoitych pieniądzach, ten już nigdy się nie dowie, co to znaczy prawdziwe życie: nie trzeba było nawet zbytnio grzeszyć urodą. Tak samo zresztą mówiono o Petersburgu czy Odessie przed rewolucją. Był oczywiście tego lata ów niepokój, który wyczuwała Ginczanka, podniecające napięcie, które ludzie poinformowani, niedający się naiwnie nabrać na alarmowe nastroje, strachy na lachy zdolne popsuć letnią radość, uważali za pochodne różnych bluffów, demonstracji wojskowych, gier politycznych. I radzili swojemu towarzystwu, żeby się zbytnio nimi nie przejmować, bo nie warto.
A jednak bez wątpienia dodawało to smaku nadmorskim pocałunkom. Kazimiera Iłłakowiczówna (nie wiem, gdzie spędzała ostatnie przedwojenne lato) napisała nawet dosłownie, że "wszystkie pocałunki pachną prochem". Oczywiście nie zaniedbała również swojej obywatelskiej muzy. W specjalnym gdańskim numerze "Wiadomości Literackich", który był deklaracją polityczną środowiska, poparciem stanowiska rządu, a personalnie ministra Becka, wobec roszczeń niemieckich, wydrukowała Iłła wiersz adresowany do Gdańska. Czytamy w nim:
Nie chcesz wolności? A tęsknisz doń,
lękasz się zyskać, czy stracić.
Podaj mi rękę, ja podam ci dłoń
Gdańsku, mój bracie.
Strasznie naiwnie brzmi ta strofa. Gdańsk ówczesny przecież się nie waha. Jest w tym momencie najbardziej niemieckim, a może nawet najbardziej hitlerowskim z niemieckich miast. Broni też, zwłaszcza polskiej, nie potrzebuje; uzbrojony jest po zęby po niemiecku. Zwijają się polskie urzędy, wyjeżdżają obywatele, tylko załoga Poczty Polskiej, którą zapomniano uprzedzić, że nie będzie żadnej odsieczy, sposobi się na wszelką ewentualność. I nie znajdą wobec niej zastosowania konwencje haska ani genewska. Załoga nosi mundury, ale pocztowe, nie wojskowe: to cywile i dlatego ci, którzy nie zginęli podczas szturmu, zostaną z kilkoma wyjątkami, według prawa wojennego w interpretacji hitlerowskiej, rozstrzelani. A westerplatczycy pójdą do niewoli. Moment honorowej kapitulacji pieczołowicie sfilmują niemieckie kroniki filmowe.
Jak co roku, w sierpniu 1939, halsowały żaglówki po trockim jeziorze, kajaki spływały Czarną Hańczą, wędrowni harcerze rozbijali namioty w Czarnohorze, kuracjusze dopisywali w Truskawcu czy Druskiennikach. A w Tatrach trwał rekordowy sezon wspinaczkowy. Przyszły wybitny nefrolog i transplantolog Tadeusz Orłowski i chemik z Uniwersytetu Jagiellońskiego Włodzimierz Gosławski (ten drugi, poszukiwany przez gestapo, w pierwszą okupacyjną zimę zginie z wyczerpania przy próbie przejścia granicy) pokonują środek północno-wschodniej ściany Galerii Gankowej. Na pierwsze powtórzenie tej rekordowej drogi przyjdzie czekać 16 lat. Od paru miesięcy owe 300 metrów częściowo przewieszonej ściany należało do Rzeczypospolitej, podobnie jak szereg innych pięknych ścian tatrzańskich. Bo poprzedniej jesieni wojsko polskie zajęło kilkanaście wsi na Spiszu i Orawie, a w Tatrach wyprostowano granicę wzdłuż głównej grani. Dla sportowców było to obojętne, może nawet krępujące, a w ogóle bez znaczenia; nie zważając na nieprzyjazne stosunki między sąsiadami poruszano się swobodnie po Tatrach w ramach konwencji turystycznej. Wojskowa akcja polska była, gdyby nie straty w ludziach, groteskową demonstracją siły: podobno nawet wbrew naszej dyplomacji.
Oczywiście na korzyść Hitlera; upokorzeni Słowacy, którzy właśnie z rąk niemieckich otrzymali swoją dwuznaczną niepodległość, zapamiętali ten polski sukces i z większym przekonaniem zbrojnie wkraczali do Polski 1 września u boku 14. armii generała Lista. A podczas okupacji kurierzy, którzy kursowali przez Słowację, mieli ciężkie przejścia ze słowacką policją i strażą graniczną. Doświadczył tego Jan Karski, ciężko pobity w słowackim komisariacie. Dlatego między innymi ten niezwykły bohater, kombatant wyjątkowy, nie uważał się za zwycięzcę w tej wojnie, choć faszyści zostali pokonani.
Bo dla niego, człowieka i patrioty, wojna była katastrofą, była klęską.
Oczywiście przeczucia i proroctwa poetów nie są traktowane poważnie: nie podają oni dokładnych dat ani sposobów zachowania wobec przepowiadanej sytuacji, ale jeśli cytowany wiersz Iłłakowiczówny był naiwny, to co powiedzieć o fachowcach, wojskowych i politykach, którzy, choć nafaszerowani poufnymi informacjami, pozostają ślepi i głusi wobec zbliżającego się niebezpieczeństwa. Wystarczy ostatni przykład: 31 sierpnia 1939 roku wieczorem minister Beck zadzwonił do naczelnego wodza marszałka Rydza-Śmigłego i po skończonej rozmowie powiedział do swojego dyrektora gabinetu, którego świadectwo budzi zaufanie: "Tej nocy możemy spać spokojnie".
Poezja polska utrzymała się na poziomie swojej wielkiej tradycji. Cokolwiek by przytaczać na ich usprawiedliwienie, zawodzili, oczywiście, że nie wszyscy, dowódcy wojskowi i polityczni. Nie zawiedli poeci. Nowy heroiczny ton zabrzmiał w poezji Antoniego Słonimskiego "Alarmem dla miasta Warszawy". "Bagnet na broń" legionisty-komunisty Władysława Broniewskiego, napisany proroczo w kwietniu 1939 roku, klepało się na akademiach w Polsce Ludowej, nie rozumiejąc, że ta obca dłoń z wiersza, która też nie przekreśli rachunków krzywd, to dla Broniewskiego, więźnia sanacji, może być tylko dłoń radziecka i że za tę "dłoń podniesioną nad Polską" grozi kula w łeb. Odnotowując ten wiersz wydrukowany w "Czarno na białym", "Wiadomości Literackie" poświęcają erudycyjny komentarz generałowi Cambronne, na którego powołuje się Broniewski w puencie. Otóż nie chodzi o to, czy generał powiedział: "Merde", czy: "Gwardia ginie, ale nie poddaje się", tę frazę, zważywszy na sytuację, cokolwiek przydługą. Sprawa jest poważniejsza. Całą sprawę sfabrykował paryski dziennikarz Rougemont i już nigdy nie udało się jej przekonywająco sprostować. W rzeczywistości Cambronne poddał się bez walki, rzucił szablę, kiedy zaatakował go baron Halkett z hanowerskiej Landwehry. Cambronne dożył spokojnie swoich dni na przyzwoitej generalskiej emeryturze w Nantes. A słowa jemu przypisywane w jednej czy drugiej wersji wypowiedział 41 dni przed Waterloo dowódca francuskiego statku nazwiskiem Collet. I takie erudycyjne detale uważa za interesujące dla swoich czytelników w ostatnim, jak się okazało, numerze "Wiadomości Literackich", ich stały autor podpisujący się Quidam.
W ogóle nie wydaje się, żeby redakcję ogarniały jakieś katastroficzne nastroje. W najbliższych numerach zapowiadane są: utwór Gombrowicza "W mieście Gombriada" i fragment wspomnień Iwaszkiewicza o Karolu Szymanowskim pod tytułem "Elizawetgrad". Tym większe wrażenie robią wiersze, które ukazały się w numerze z datą 3 września 1939 roku, to znaczy w chwili, kiedy wiadomo było, że Polska ponosi klęskę. Oto wiersz Jana Brzechwy, z "W.L.", który może stanąć śmiało obok patriotycznych, okolicznościowych, ale świetnych utworów Gałczyńskiego, Broniewskiego i Słonimskiego:
Gdy padnie słowo ojczyzna
Wierny odpowie głos
I odmłodnieje siwizna
I odmłodnieje los.
Nad Wisłą burza zawisła