http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niemiecki kłopot z niepamięcią

Anna Wolff-Powęska*
2009-08-23, ostatnia aktualizacja 2009-08-26 15:36

Kanclerz Willy Brandt klęczy przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie 7 grudnia 1970 roku.
Kanclerz Willy Brandt klęczy przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie 7 grudnia 1970 roku.
Fot. ASSOCIATED PRESS

Świadomość zbrodni III Rzeszy stała się integralną częścią kultury politycznej Niemców. Ale oczekiwanie, że będą przechowywać w pamięci szczegóły z heroicznych polskich dziejów, jest iluzją

Prof. Anna Wolf-Powęska
Fot. YYYY
Prof. Anna Wolf-Powęska
Kiedy w przededniu podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow, 22 sierpnia 1939 r. Hitler przemawiał w Obersalzbergu do najwyższego dowództwa Wehrmachtu, nie musiał szukać uzasadnienia dla rozpoczęcia wojny. Jego słowa przyjęte zostały z wielkim aplauzem: "Unicestwienie Polski na pierwszym planie bezlitośnie wysyłać mężczyzn, kobiety i dzieci polskiego pochodzenia na śmierć Polska zostanie wyludniona i zasiedlona przez Niemców".

Zarówno w przekonaniu cywilnych i militarnych władz III Rzeszy, jak i w świadomości zdecydowanej większości społeczeństwa niemieckiego, 1 września 1939 r. nie wyznaczył początku wielkiej wojny - był tylko wyrównaniem rachunku krzywd. To, co dla II RP było katastrofą, dla III Rzeszy było epizodem, regulacją granic, prewencyjnym działaniem w obronie "okrążonego narodu".

Od pierwszych dni Republiki Weimarskiej wszystkie siły polityczne uznawały postanowienia traktatu wersalskiego za największą hańbę dla honoru narodu. Wskrzeszenie Polski niemiecka elita polityczna uznała za skazę na organizmie starej Rzeszy.

"Dawna, nigdy nie wygasła tęsknota Polaków, przed wojną bardziej sentymentalnej natury, teraz przybrała realny charakter" - raportował "Majestatowi Cesarskiemu i Królewskiemu" pod koniec I wojny prezydent Regencji Poznań, von Bülow, a Wilhelm II dopisał na marginesie: "Zapłacą za to głową". Generał Reichswehry Hans von Seeckt pisał 11 września 1922 r. do pierwszego szefa MSZ Republiki Weimarskiej, że "egzystencja Polski jest nie do pogodzenia z warunkami życiowymi Niemiec. Polska musi zniknąć i zniknie przez własną słabość i przez Rosję, z niemiecką pomocą".

Państwo polskie - postrzegane jako "bękart Wersalu", "przejściowy twór" powstały kosztem Niemiec - wyniesione zostało przez propagandę Rzeszy do rangi wroga rasy niemieckiej.

Opinia niemiecka atakowana była ciągłymi doniesieniami o "polskim terrorze i okrucieństwie" wobec niemieckiej mniejszości w naszym kraju. Ekipa Hitlera mogła odwołać się do resentymentów i pomówień wyrosłych dla uzasadnienia wielkomocarstwowych ambicji. Na potrzeby polityki germanizacyjnej i kolonizacyjnej Prus powstało przekonanie o wyższości kulturowej "rasy panów".

Przeciwstawienie "słowiańskiemu barbarzyństwu" subtelności niemieckich nosicieli kultury było szczególną odmianą filozofii Zachodu, która głosiła antytezę wolnej Europy, utożsamianej z zachodnią cywilizacją, i despotyzmu niewolniczej Azji - Monteskiusz pisał o niej, że tu "ludy prowadzi się kijem", a Hegel mówił o ziemi, która "nie zatrzymała u siebie tego, co wybitne". Z czasem cechy identyfikowane z azjatyckością przypisane zostały wschodniej części Europy.

Prymitywni, niechlujni Słowianie

Antyslawizm nazistowskich Niemiec opierał się na ugruntowanych głównie przez podręczniki szkolne wyobrażeniach Polski jako kraju "zamieszkanego przez pół-Azjatów, którym za pożywienie służy niechlujna strawa, a za mieszkanie nory". Małowartościowe ludy nie zasługiwały na uwagę. Toteż wiedza o Polsce była znikoma.

Ofiarą niewiedzy i uprzedzeń padali również ludzie dalecy od nazizmu. Ikona antyhitlerowskiego ruchu oporu Claus von Stauffenberg, uczestnik kampanii wrześniowej 1939 r., opisywał w listach do żony mieszkańców Polski jako "niewiarygodny motłoch", "naród, który, aby się dobrze czuć, najwyraźniej potrzebuje batoga. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa". Epitety krążące w kulturze masowej - "zawszeni Słowianie", "bezproduktywność słowiańska" - znalazły finał w zapewnieniu wodza III Rzeszy: "Usuniemy śmieszne sto milionów Słowian" (6 sierpnia 1942 r.).

Trwałość antysłowiańskich uprzedzeń potwierdzają badania przeprowadzone wśród zachodnioniemieckich nastolatków 20 lat po wojnie. Uczniowie szkół średnich, oceniając kraje wschodnioeuropejskie, zgodnie przypisali najbardziej negatywne cechy Polakom i Rosjanom. O ile jednak ci ostatni budzili zainteresowanie jako kraj, który pokonał Niemcy, o tyle Polacy kojarzeni byli wyłącznie jako ludzie "prymitywni", "brutalni", "nieobliczalni", "niechlujni", "rodzaj słowiańskich ludzi".

Wobec braku kontaktów młodzieży z wyizolowaną Polską jedynym źródłem informacji o naszym kraju mógł być wówczas przekaz rodzinny lub szkoła. Katalog cech przypisanych Polakom dowodził skuteczności propagandy starej Rzeszy.

Podobny ton pobrzmiewał u Libuszy Fritz-Krockow, gdy po zakończeniu wojny władzę w jej majątku na Pomorzu przejęli zwycięscy Rosjanie i Polacy. Miała pewne zrozumienie dla Rosjan i akceptowała niejako ich "zwycięskie prawo pięści". Dla Polaków znajdowała tylko pogardę; w jej oczach byli jedynie "świtą Rosjan" - "jest w nich coś zimnego, skrytego i przebiegłego".

Uczciwy morderca

W świadomości narodów utrwala się tylko to, co nie przestaje uwierać i boleć. Toteż II wojna pojawia się w niemieckich zbiorowych wyobrażeniach dopiero od klęski pod Stalingradem, na dobre zaś zaistniała od momentu, kiedy front przeniósł się na teren Rzeszy. Również pojęcie "okupacji" zarezerwowane zostało dla własnych powojennych cierpień i upokorzeń. Historia pamięci niemieckiej o wojennej gehennie zaczyna się w chwili, w której dla Polaków się kończy - w 1945 r.

Podział Europy i Niemiec, atmosfera zimnowojennej konfrontacji wyznaczyły front walki, w której Polska znalazła się po stronie ideologicznego wroga. Dominujące doktryny - w NRD komunizmu, w RFN antykomunizmu - wykluczały dialog pamięci. Oba państwa niemieckie zakotwiczyły w obozie zwycięzców. Ich hasłem stało się przetrwanie, a nie żałoba, spojrzenie przed siebie, jak w "Marszu 1945" pisał Erich Kästner: Tysiąc lat trwać miała era,/ lecz majestat wąsa zgasł./ I znów mówią: start od zera!/ Naprzód marsz! Najwyższy czas!

Kiedy pod wpływem aliantów rozpoczął się trud reedukacji, pokonany naród uruchomił wielorakie strategie uwalniania się od winy i odpowiedzialności. Wszyscy, którzy stawali przed wymiarem sprawiedliwości i trybunałem międzynarodowej opinii, mieli jedno wytłumaczenie: wykonywali rozkaz. Rozkazodawcy pozostawali anonimowi, w mgle niepamięci. Niemieckie cnoty - dyscyplina czy pracowitość - zwyrodniały w warunkach nowego porządku i wprzęgnięte zostały w pozbawioną jakiejkolwiek etycznej refleksji służbę złu. Mordowanie jawiło się w zeznaniach sprawców jako "ciężka praca".

Destrukcyjne posłuszeństwo osiągnęło wymiary horrendalnego absurdu. Rudolf Höss, komendant Auschwitz, wyznawał amerykańskiemu psychologowi sądowemu: "Nie zawsze była to przyjemność patrzeć na tę górę zwłok i wąchać zapach spalenizny. Ale Hitler wydał rozkaz A ja nie traciłem nigdy czasu na rozmyślania, czy to niesłuszne". Masowe mordy męczyły. Höss skarżył się, że nawał pracy sprawia, iż nie może podołać codziennym obowiązkom. Można było przecież unicestwić więcej ofiar: "Główne zadanie, niedokończona ciągle praca" - wszystko to osłabiało radość życia.

Z zeznań zbrodniarzy wyłania się obraz "uczciwego mordercy". Zabijanie mieściło się w nazistowskim etosie pracy. Głęboka potrzeba posłuszeństwa wyrosła z wiary w słuszność celu. Hans Frank, generalny gubernator okupowanych ziem polskich, notował 30 maja 1940 r.: "Nie jesteśmy mordercami. Dla policjanta i esesmana zobowiązanych urzędowo do przeprowadzenia egzekucji to straszny obowiązek. Łatwo nam podpisać setki wyroków śmierci, ale powierzenie ich wykonania porządnym niemieckim żołnierzom to straszne obciążenie".

Zabijanie jako obowiązek wyższej rangi mieściło się w kanonie moralności pielęgniarek wstrzykujących truciznę więźniom obozów koncentracyjnych. Kiedy podczas przesłuchań zapytano je, czy gdyby otrzymały np. rozkaz kradzieży, wykonałyby go posłusznie, zgodnie odpowiadały: "Tego się nie robi ". Poza tym "kradzież nie należała do moich obowiązków".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':