Dla Francuzów i Brytyjczyków 3 września, czyli w dniu ogłoszenia wojny z Niemcami. Dla Belgów w maju 1940, kiedy Wehrmacht rozbił mit o ich neutralności. Dla Amerykanów w grudniu 1941 po ataku na Pearl Harbor. Dla ZSRR 22 czerwca 1941 po zdradzie hitlerowskiego alianta.
Dla mnie wojna zaczęła się 23 sierpnia 1939 telegramem od ojca z poleceniem natychmiastowego powrotu z kolonii w Zakopanem do Lwowa. Polecenie zbędne, bo ewakuacja i tak już była w toku. Ojciec - tak jak większość ojców w Polsce - miał rację. Pakt o nieagresji podpisany tego dnia w Moskwie przez Ribbentropa i Mołotowa oznaczał wojnę, wolne ręce dla Niemców na zachodzie i zabór wschodniej i północnej Europy przez ZSRR, czwarty rozbiór Polski. Reszta jest znana, ale ciągle nie dla wszystkich jasna.
Poważni historycy nie mają wątpliwości. Są teksty i mapy, była defilada w Brześciu i pogarda Mołotowa dla "wersalskiego bękarta". Są mikrofilmy, kopie wszystkich dokumentów, 10 tys. stron, 20 filmów. Hitler tuż przed końcem wojny kazał je zniszczyć, ale dyplomata i tłumacz Karl von Loesch nie posłuchał Führera i zamiast zniszczyć mikrofilmy, zakopał je w ogrodach zamku Schönberg. A w maju 1945 roku przekazał je Anglikom.
Spór jest już tylko polityczny. Dla Europy i dzisiejszych Niemiec pakt był najbardziej cyniczną operacją II wojny, aktem założycielskim powojennego europejskiego imperium sowieckiego. Dla Moskwy był manewrem Stalina, który opóźnił o dwa lata hitlerowską agresję i pozwolił lepiej (wiadomo, jak wyglądała) przygotować obronę ZSRR.
Premier Putin, który uważa, że rozpad ZSRR był największą geopolityczną tragedią XX wieku, nie chce uznać bandyckiego charakteru paktu. Ja go rozumiem. Podważyłby wtedy całą oficjalną rosyjską historiografię II połowy XX wieku, kremlowską wykładnię "prawomocności" zaborczej powojennej sowieckiej polityki imperialnej. A także unieważniłby jeden z filarów nowego patriotyzmu, ogromnego przedsięwzięcia, jakim jest jego próba tchnięcia w młodzież rosyjską nowej świadomości narodowej.
Interpretacja "paktu szatanów" jest ciągle w oku cyklonu zwanego polityką historyczną, tematem kontrowersji i przeszkodą w poprawie stosunków polsko-rosyjskich. 1 września kanclerz
Angela Merkel i premier
Władimir Putin będą na
Westerplatte gośćmi premiera Donalda Tuska. To dyplomatyczny, choć ryzykowny, sukces Tuska, ale przede wszystkim dowód odwagi Merkel i Putina.
Nikt nie oprze się wywołaniu z pamięci zjawy obecności tych państw w Polsce we wrześniu '39. Dziś oboje mają na ten wrzesień inne spojrzenie, ale oboje wiedzą, że kwestia wiarygodności Rosji będzie tak długo otwarta, jak długo prawda o diabelskiej zmowie pozostanie w Moskwie zamknięta. Jak długo w podręcznikach rosyjskich nie będzie mapy wschodniej Europy z wyrysowanymi dokładnie strefami wpływów obu zaborców. Mapa, oryginał w kolorach, 120 na 110 cm, to część traktatu o przyjaźni podpisanego 28 września 1939 jako uzupełnienie decyzji o podziale łupów z 23 sierpnia. Ribbentrop dał mapę do podpisu Stalinowi. Generalissimus podpisał (litery jego podpisu mają na mapie 58 cm wysokości) i zapytał: "Czy mój podpis wydaje się wam wystarczający przekonywający?".
Ciągle jest przekonywający. Dlatego w 70. rocznicę tego podpisu warto mapę na nowo odczytać, a wysokość liter w słowie Stalin zacząć skracać.