Na Halę Gąsienicową wędruję z leśniczym Tomkiem Zwijaczem-Kozicą ścieżkami, które zna tylko on. Tomek jak mało kto zna się na tatrzańskiej przyrodzie, w tym na roślinach, o których ja nie mam zielonego pojęcia. Tak jak większość turystów rozpoznam co najwyżej szarotki i krokusy. Dlatego zadaję serię głupich pytań w stylu: - A te niebieskie dzwonki to jak się nazywają?
- Goryczka krótkołodygowa - odpowiada cierpliwie Tomek.
- A to drapieżnik - tłustosz alpejski - wskazuje kijkiem niepozorny kwiatek. Drapieżnik? Znane mi rosiczki mają liście z groźnie wyglądającymi wypustkami, a tłustosz to maleństwo z długą łodyżką i lekko podwiniętymi listkami.
- Te listki to pułapka - mówi Tomek.
Owad, który ląduje na listku, odkrywa, że jest on pokryty lepką mazią. Ofiara nie może nawet ruszyć odnóżem, jest uwięziona. A listek tłustosza powoli się zawija. Potem enzymy rośliny trawią owada. W ten sposób tłustosz uzupełnia sobie braki azotu. Bo żyje - tak jak inne rośliny - głównie dzięki fotosyntezie.
O krok od tragedii Dzień jest przepiękny - choć to koniec maja, jest słonecznie jak w lipcu. Gdy docieramy na halę, nad głowami przelatuje nam śmigłowiec TOPR-u. Tomek też jest ratownikiem, włącza więc
radio.
Słyszymy, że w rejonie Koziej Przełęczy utknęło dwoje turystów. Weszli na płat zamarzniętego śniegu i nie mogą zrobić kroku, by się nie pośliznąć. Przez lornetki oglądamy akcję TOPR-owców.
- To się stało tam? - pytam Tomka.
- Tak, właśnie tam - odpowiada.
W tym samym miejscu, gdzie utknęli turyści, zginął w październiku ubiegłego roku mój przyjaciel z Hiszpanii - Miguel.
Przyjechał do Polski na kilka miesięcy. Koniecznie chciał zobaczyć Tatry z ich niedźwiedziami i kozicami. Trzeciego dnia wjechał kolejką na Kasprowy Wierch i ruszył w kierunku Orlej Perci. Pogoda była dobra. Nie wiadomo, co się stało. Być może pośliznął się na kamieniu. Może wszedł w miejsce, gdzie słońce nie rozpuściło lodu.
W Tatrach nie ma żartów. Tego dnia, gdy razem z Tomkiem tropiliśmy kwiatki, śmigłowiec TOPR-u wylatywał w góry kilka razy. Dwóch turystów było poważnie rannych - pośliznęli się na śniegu i zjeżdżając po zboczu, rozbili się o skały.
Emigranci z Arktyki Ponad granicą kosodrzewiny nagle pod stopą zobaczyłem coś, czego w ogóle się tutaj nie spodziewałem. - Niemożliwe! - wyrwało mi się.
Była to niepozorna roślinka o drobnych, liliowofioletowych kwiatkach. Skalnica - śliczna i świetnie mi znana, ale nie z polskich Tatr, lecz ze Spitsbergenu w Arktyce.
- Jak to możliwe? - zapytałem Tomka. Okazało się, że w Tatrach można spotkać wiele roślin o pochodzeniu arktycznym. Dotarły w nasze góry, wycofując się z północy pod naporem lodowca.
(Gdy wróciłem z Tatr do domu, wysłałem Tomkowi zdjęcia skalnic ze Spitsbergenu. - Możesz spokojnie opublikować w "Gazecie" jako tatrzańskie. Nikt ich nie odróżni - odpisał żartem).
Im więcej dowiadywałem się o wysokogórskich roślinach, tym więcej nabierałem do nich szacunku. Pisałem, że kozice to twardziele? Dziś wydaje mi się, że na takie miano zasługują te niepozorne rośliny. Gdy wieje lub jest zimno, kozice zawsze mogą gdzieś się schować. A skalnica trwa na posterunku tam, gdzie wyrosła.
- Warunki, w których żyją wysokogórskie rośliny, są ekstremalne nie tylko z powodu niskich temperatur - tłumaczy mi prof. Zbigniew Mirek, dyrektor Instytutu Botaniki PAN w Krakowie. - Dają się im we znaki bardzo silne wiatry oraz brak wody.