Na tatrzańskich wierchach o śmiertke ni trudno. Ba ludzi i tako hań cosik ciongnie - co by cuć choć bez krótki cas ślebode
Kocho góry, kocho ludzi. Malućko o tym godo. Skromny cłek. Wyrypy w górach som ryzykanckie, e dyć ni bocy hańtego. Bocy ino co przyisiongał jako młody ratownik: - Póki zdrów jestem, na każde wezwanie Naczelnika lub jego zastępcy, bez względu na porę roku, dnia i stan pogody, stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie, odpowiednio do wyprawy zaopatrzony, i udam się w góry według marszruty i wskazówek Naczelnika lub jego zastępcy w celu szukania zaginionego i niesienia mu pomocy. Postanowienia statutu i regulaminu dla członków czynnych będę wykonywał ściśle, jak również rozkazy Naczelnika lub jego zastępcy i kierowników oddziałów, obowiązki swe pełnił będę sumiennie i gorliwie, pamiętając, że od mego postępowania zależnym być może życie ludzkie.
Tako godojom mu teroz chłopy, co tyz fcom ratować ludzisków w Tatrach. Ba to on je naczelnikiem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego - Jan Krzysztof.
Nojstrośniejsa wyprawa
Mo góralskich przodków. Ktorysik z nich ganiał we wojne po górach jako partyzont. Moze to po dziadkach mo ciongnote do łazenia na wierchy. Ratownikiem je juz 26 roków, naczelnikiem - 11. Kie słonecko i kie lije jako z cebra, dujawica, halny i kie syndy śniega nasuło.
Kie idzie z kamratami na akcje ni duma o straśnych rzecach. Mierkuje jako wartko doleźć do kogosik, kto woła o ratunek. Moze turysta je poranion, moze ni mo cucia. Naczelnik mo wiare, co uratuje. Po to łazi w góry.
Osiym roków nazad trójke turystów, co poleźli ze schroniska w Pięciu Stawach ku Szpiglasowej Przełęczy przywoliła lawina. Jedyn z nich wyratował sie ze śniega i ledwo żyw dolazł do schroniska. W toprówce Jan Krzysztof ogłosił, co trza iść na ratunek, jako przysiongał. Śniyg suł i suł, co śmigłowiec ni mógł lecieć.
Z Doliny Pięciu Stowów Polskich wyrusyli dwaj młodzi ratownicy. Kiedy odnaleźli przywalonych śniygiem - Monikę, 22 roki, i Michała, 27 roków - ci juz ni dychali.
W tym casie Jan Krzysztof z grupom kamratów z TOPR jechoł autem terenowym do Wodogrzmotów Mickiewicza i dalej bez Roztoke leźli na lawinisko. Duło, śniyg calućki cas suł. Pod samiućkom Szpiglasowom rusyła lawina. Syćkich przysypało. Piyrwsi z lawiny wygrzeboli sie Jan Krzysztof i jesce Edward Lichota. Wartko odkopywali inksych. Brakowało ino Bartka Olszańskiego i Marka Łabunowicza. Namierzyli ich sondami dwa metry do dołu pod śniygiem. Ni dychali.
- To była moja najtragiczniejsza wyprawa - godo z powagom Jan Krzysztof.
Co pedzieć ojcu umarłego
Casami śmierć je piyrwsa. To ni je fajne ucucie. I barz ni fajne je, kie trza pedzieć rodzinie - matce, ojcu, ślubnej, dzieciskom - o śmierci ich nojukochońsego.
Marek "Maja" Łabunowicz mioł 29 roków. Ponad 50 razy łaził w góry ratować ludzisków. Piyknie tyz groł w kapeli góralskiej. Ostawił na świecie ślubnom i dzieciontko, co miało trzy roki.
Bartek Olszański mioł 25 roków. Tyz ponad 50 razy łaził po turystów do Tatrów. Pisoł bajania, malował, groł na skrzypkach i pianinie.
Ojciec Bartka mioł do naczelnika wielgie pretensje, co wzion mu syna na stracenie w góry.
Komisyja TOPR ogłosiła: "Przyczyny tragedii były obiektywne: pośpiech i skrajnie niekorzystne warunki atmosferyczne, które utrudniały marsz i orientację w terenie. W tamtych warunkach, jakkolwiek postąpiłby naczelnik, zawsze byłoby źle. Turystów znaleźli pierwsi dwaj niedoświadczeni ratownicy. Gdyby reszta nie próbowała dojść, to rodziny mogłyby mieć pretensje".
- Co wtedy myśloł naczelnik? - który tyz mo rodzine: ślubnom, syna i córke.
- Doszło do tragedii. Zabrakło szczęścia. Mogło się skończyć jeszcze gorzej. Lawina przysypała wielu ratowników, w tym mnie. Wykopywałem się ze śniegu. Nie zdawałem sobie sprawy z upływu czasu. Zanim dotarliśmy do nieprzytomnych kolegów, minęło wiele czasu. Śniegu było bardzo dużo. Niestety, próby reanimacji się nie powiodły.
Ka ta śleboda
- I co wiecie z hawtego?
- Takie są góry, górskie wyprawy, nierozerwalnie związane ze śmiercią. Powodem powstania TOPR-u były właśnie górskie tragedie. Jak ta sprzed stu laty, kiedy lawina pod Małym Kościelcem przysypała Mieczysława Karłowicza. Karłowicz, który działał na rzecz powstania organizacji ratowniczej, sam stał się jedną z pierwszych ofiar, którą przyszli członkowie Straży Ratunkowej znieśli z gór - godo Jan Krzysztof. - Ale te wszystkie tragedie nie odstraszają ludzi gór. Bo wysokogórskie wędrówki dają poczucie wolności.
Mieczysław Karłowicz, Jan Krzysztof, Bartek Olszański, Marek Łabunowicz - syćka poleźli w góry, coby znaleźć ślebode. I jom znaleźli.