Moje pierwsze kroki w Tatrach znam tylko ze zdjęć, byłam za mała, by pamiętać. Jak miałam trzy lata, zjeżdżałam na nartach z Kasprowego, mama trzymała mnie w szelkach jak psa na smyczy. Połowę dzieciństwa spędziłam w Tatrach, latem na wycieczkach, zimą na nartach.
Jak miałam z siedem lat, wjeżdżałyśmy z mamą wyciągiem z Goryczkowej na Kasprowy. Mgła, wiatr, minus 20. Byłyśmy już na ostatniej podporze, już było widać górną stację, kiedy wyciąg się kompletnie zepsuł. Trzeba go było ściągać korbką - do tyłu. Ze trzy godziny trwało, zanim zjechałyśmy. Byłam zziębnięta, przestraszona. Zdałam sobie sprawę, jak jest się wobec gór bezsilnym.
Nie ma się czym chwalić, ale kiedyś z kolegą robiliśmy ekstremalne zjazdy w żlebach pod górną stacją na Kasprowym. W Żlebie Ściekowym obsunął się pod nami śnieg, jechaliśmy w małej lawinie. Nie wiedziałam, czy ziemia się rusza, czy ja. Jeździłam już na desce, wtedy jest mniejsza kontrola równowagi. I znów poczułam tę bezsilność i więcej w żlebach nie jeździłam.
W lecie Tatry były moim ośrodkiem treningowym. Biegałam na Kopę Kondracką, Halę Gąsienicową. Odwrotnie niż biegacze: pod górę marsz, a z góry bieg. To ćwiczy koordynację ruchową, szybkość reakcji. Zawsze miałam plecak z napojami izotonicznymi albo węglowodanowymi. A jak się skończyły, to piłam wodę ze strumienia.
Wycieczka w góry to lekcja odpowiedzialności, nie tylko geografii czy biologii. Ludzie rozglądają się za kozicami, a nie wiedzą, że w trawie i kamieniach na halach ukrywają się żmije. A świstaki? Nigdy ich nie widziałam. Mama opowiadała mi, że jak jeździła w maju na nartach na Hali Gąsienicowej, to na wielkim płacie śniegu świstaki zrobiły sobie ślizgawkę, zjeżdżały na tyłkach. Może coś takiego kiedyś zobaczę?
Źródło: Gazeta Wyborcza