Wychowywałem się w Kościelisku. Z okien naszego domu miałem widok na rejon Kominiarskiego Wierchu i Tylkowych Kominów.
W góry gnało mnie od małego. Jak miało nie gnać, skoro nasłuchałem się w góralskiej chałupie godek o dawnych tatrzańskich przewodnikach z rodu Gąsieniców-Rojów czy Stopków-Dziadziusiów, z których z wieloma jestem skoligacony. Opowiadał mi przyszywany wuj Tadeusz Gąsienica-Giewont, gdzie trzeba pójść, by w samotności podchodzić pod smukłą turnię. Którą ścieżkę wybrać, by podejrzeć kozicę z młodymi po wiosennych godach. Słuchałem i sam chciałem być taki sam.
W szkole średniej dużo wspinałem się. Koledzy tak samo - wielu już chodziło do centrali TOPR szkolić się na ratowników. Sam byłem bliski wyrobienia karty taternickiej.
Równocześnie zacząłem też na poważnie muzykować. Gdy schodziłem z gór po wspinaczce, to miałem tak obolałe ręce, że na drugi dzień nie mogłem utrzymać smyczka i skrzypiec. Musiałem więc wybrać - albo góry, albo granie. Zdecydowałem się rzucić wspinaczkę, choć gór nie przestałem kochać. Ciągle są dla mnie bardzo ważne, z nich czerpię inspirację przy komponowaniu. Bo góralska muzyka jest jak tatrzańskie wierchy: charakterna, mocna, wyrazista.
Mój ulubiony tatrzański cytat to fragment przewodnika "Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin" z 1858 roku autorstwa Marii Steczkowskiej: "Kto raz wstąpi w tajemniczą Tatrów głębię, kto raz odetchnie lekkim, wonnym ich powietrzem, ten niezawodnie zostawi tam połowę serca; bo te wspaniałe szczyty, te czarujące doliny, rozkoszne polany, bystre potoki jakiś niepojęty wpływ wywierają na całą istotę człowieka".
Miałem przyjaciela, nigdy go nie zapomnę. Zabrały go Tatry. Razem się wspinaliśmy, razem muzykowaliśmy. Marek Łabunowicz nie zrezygnował z łażenia po turniach i wierchach, bo nie mógł bez tego żyć. Wstąpił do Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Dziewięć lat temu zginął na służbie, podczas akcji ratunkowej, przysypany przez lawinę pod Szpiglasową Przełęczą.
Takie są góry. Można je kochać bez pamięci, a one i tak cię nie oszczędzą. To jest prawdziwa miłość bezwarunkowa.
Uważam za wielkie szczęście, że dane mi było wychowywać się i dorastać na skalnym Podhalu. Kiedy mam problemy, to znów idę w góry, jakby na nowo oczarowany ich pięknem doznaję jakiejś mistyki. I trudne chwile mijają, jestem oczyszczony.
Trzeba przypominać i góralom, i ceprom, że Tatry mają służyć naszym dzieciom, wnukom, prawnukom... Nie można pozwolić ich zniszczyć.
Źródło: Gazeta Wyborcza