Każde słowo jego powieści ocieka cierpieniem i nieszczęściem milionów ludzi, każde jest też okupione cierpieniami, jakie znosił sam autor za to, że mówił prawdę w warunkach, kiedy słowo prawdy było tak srodze karane. Trudno doprawdy wymierzyć ciężar tej prawdy dla losów świata.
Istniały już przedtem dostępne na Zachodzie książki, które opisywały sowieckie obozy koncentracyjne i więzienia: Weissberga-Cybulskiego, Herlinga-Grudzińskiego, Eugenii Ginzburg. Ale dopiero Sołżenicyn wstrząsnął zakłamaniem Zachodu, w szczególności zachodniej lewicy, nade wszystko myślących komunistów.
Po jego "Archipelagu GUŁag" i innych dziełach nikt już na Zachodzie nie mógł udawać, że nie wiedział, że nic mu nie powiedziano, czym był świat sowiecki. To on zerwał kurtynę przemilczeń i kłamstw. Wiedział też, gdzie tkwi zatrute jądro świata komunistycznego. W liście do sowieckich wodzów nie domagał się, by wyrzekli się władzy, ale by porzucili ideologię, która od tylu lat zatruwała duszę narodu. Była to, rzecz jasna, propozycja beznadziejna: w tamtym świecie wyrzec się ideologii to wyrzec się władzy, bo tylko ideologia dawała tej władzy legitymizację czy pozorną legitymizację.
Ale Sołżenicyn nie był analitykiem politycznym. On walczył o Rosję. Wobec kultury zachodniej, z jej korupcją, żarłocznością, szukaniem przyjemności ponad wszystko, miał postawę wybitnie krytyczną. Był natomiast wielkim patriotą rosyjskim, nie w tym sensie, by wspierał tradycyjny rosyjski i sowiecki imperializm, ale w tym, że widział złowrogą rolę, jaką komunizm odegrał w niszczeniu rosyjskiej kultury, i chciał tę kulturę odbudować.
Ożywiał język rosyjski mnóstwem słów zapomnianych czy poniechanych, chciał wskrzesić to wszystko, co dało Rosji jej siłę duchową, jej kulturę.
Dziś właśnie dowiedzieliśmy się, że prezydent Putin, wręczając Sołżenicynowi nagrodę państwową, chwalił pisarza za jego zasługi dla języka rosyjskiego, ale nie wspomniał o "Archipelagu GUŁag" - widać władza potrzebuje wciąż kłamliwych przemilczeń, by ukrywać horror, za który, mogłaby twierdzić, nie jest sama odpowiedzialna.
Ale Sołżenicyn chciał wskazać to, co uważał za Rosję prawdziwą, nie zaś Rosję z jej kłamstwem i lokajstwem. Nie znosił książki barona de Coustine, która przecież opisywała Rosję Mikołaja I z pierwszej połowy XIX w. Komunizm wedle Sołżenicyna był całkiem obcy prawdziwej duszy Rosji, toteż było dlań wielkim pytaniem, jak była możliwa rewolucja bolszewicka. Na to pytanie miał odpowiedzieć cykl historyczny zapoczątkowany dziełem "Sierpień 1914". Zdaje się jednak, że pisarz nie uporał się całkiem z tą straszliwą kwestią.
Powiedział mi Isaiah Berlin, że kiedyś w rozmowie z Sołżenicynem nazwał kogoś "byłym komunistą", na co Sołżenicyn odparł: "Byłych nie ma", zakładał więc, że kto raz komunistą został, jest już nim do końca żywota.
Pamiętam dobrze, jak czytaliśmy w piśmie "Nowyj Mir" pierwsze drukowane opowiadanie Sołżenicyna: "Jeden dzień w życiu Iwana Denisowicza". Wtedy wiedzieliśmy już wiele o sowieckim świecie i samo istnienie łagrów nie było nowością. Ale była to pierwsza opowieść o łagrach wydana w Związku Radzieckim, i wrażenie z tej
lektury było ogromne - świat sowiecki się zmienia! Już samo zezwolenie na druk tej opowieści byłoby nieśmiertelną zasługą Chruszczowa, gdyby nie miał innych.
Później dotarł do nas "Archipelag GUŁag", który czytaliśmy w polskim przekładzie Jerzego Pomianowskiego (jeszcze pod pseudonimem).
Dzięki temu wielkiemu świadkowi złowrogi świat, jaki opisał, nie będzie zapomniany: wielkie zło nie powinno być zapomniane, jeśli świat miałby być lepszy.