Pytano się mnie, co myślę o Leszku. W dniu jego śmierci mówiłam, że był jak brat. Więcej niż brat. I niech tak pozostanie. Pytano się również, która z jego książek jest najważniejsza albo która jest najważniejsza dla mnie? To drugie pytanie odrzucam, jako zbyt prywatne, natomiast to pierwsze wiąże się - jak sądzę - z jakimś poważnym nieporozumieniem.
Nie ma bowiem takiego tekstu Leszka, który nie byłby pod jakimś względem ważny. Czasem też jedno jego sformułowanie jest tak trafne, tak istotne, że prowadzi wprost do jądra tekstu i reszta słów staje się tylko literackim ornamentem. Ale Leszek literaturę lubił i piękne słowa cenił, i nie pozwalał na poprawki w tekście. To był człowiek genialny, a to znaczy taki, który się nie daje namalować jedną barwą, nie da się jednym sztychem nakreślić, i to nie dlatego, żeby nie było w nim prostoty. Jest! I to nadzwyczajna, ale ona pojawia się w tak różnych i w tak niespodziewanych miejscach, że zadziwia. Zawsze mnie zadziwia.
W jego tekstach jest bowiem wielkie bogactwo myśli. Ona obejmuje tak rozmaite tematy i tak rozmaite wątki tych tematów, że nie sposób ich zawrzeć w jednej całości, określić jednym słowem, wprowadzić hierarchię ważności lub uporządkować. Ale to nie jest chaos. W żadnej mierze.
Wszystko, co pisał - czy jest to bajka dla dzieci, fraszka, czy traktat - jest nasycone światłem, które czyni całość zrozumiałą. Czy pisał o historii, o polityce, o społeczeństwie, o religii, czy o kulturze - bo jednak zawsze pisał przede wszystkim o kulturze - czy kpił, czy żartował, czy był serio, zawsze tak formułował myśli, że czytelnik ciągle natrafiał na zdania, które zadziwiały trafnością, bo dotykały samej istoty rzeczy, nadawały jej sens. A przecież to bardzo, bardzo trudne. Tymczasem dla Leszka był to chleb powszedni.
(((
Gdyby mógł czytać te słowa, zaśmiałby się i powiedział: "Lubisz chwalić moje niekonsekwencje". Miałby rację, ale wiedział, że to one uczą myśleć. Genialna bowiem myśl nie może się obejść bez sprzeczności.
Kiedyś myślałam, że otwiera przed nami różne alternatywy interpretacji zjawisk świata. Ale nie. Dziś wiem, że nie chodzi mu tylko o alternatywy, on wskazuje aporie [trudności logiczne pozornie nie do przezwyciężenia]. On wie, że całe nasze istnienie jest spowite we wzajemnie przeczące sobie fenomeny, różnorakie sprzeczności, z których nie można się wydobyć, których nie można przekroczyć, bo one należą do istoty, do korzenia samego istnienia. To one odsłaniają sens, którego nie ma bez nich. Kołakowski mówi nam, że to jest możliwe i niemożliwe zarazem, że tamto jest niemożliwe i konieczne jednocześnie. Aporie zmuszają nie tylko do myślenia, ale i do podjęcia trudu wyborów. Wyborów, których trafności nigdy nie będziemy pewni.
W mojej ostatniej książce ("Tercet metafizyczny") niewiele jest cytatów z Leszka, bo tam prawie w ogóle nie ma cytatów, ale pisząc ją myślałam o nim. Bo jest ona z jego ducha. Pisałam tam o "świecie" podobnie jak Leszek o nim pisał. Bo to on zawsze twierdził, że świat jest czymś, co możemy zrozumieć dopiero wtedy, gdy wyjdziemy poza niego.
Jest taki cytat w "Obecności mitu", którego nie muszę szukać, znam go na pamięć - że świadomość bycia w świecie przez to samo, że się pojawia, sprawia, iż staje się niewytłumaczalna przez odniesienie do świata. Inaczej mówiąc: człowieczeństwo pogrążone w świecie nie rozumie siebie. By zrozumieć, musi z tego świata wyjść, ale w momencie kiedy go opuszcza i jego granice przekracza, traci możliwość ujęcia go takim, jakim jest. Już inaczej tłumaczy sobie jego naturę. Poprzez wyjście coś w tym świecie zmienia.
A więc jesteśmy w takiej oto dwuznacznej sytuacji: póki jestem w świecie, nie rozumiem go w ogóle, lecz gdy tylko od niego odchodzę, by spojrzeć na niego z dystansu, zmieniam go i przekreślam możliwość poznania go. Tak jest z wieloma rzeczami: kiedy badamy historię i chcemy zrozumieć jej sens, to musimy wyjść poza nią, ale wtedy ona jest już inna, nie ta sama.
Cały czas jesteśmy w splocie podobnych niemożności. Nie możemy uchwycić siebie, własnej istoty, bo aby ją zrozumieć, musimy wyjść poza nią. Chyba że staniemy gdzieś na skraju sceptycyzmu.
I Leszek próbował to na pozór robić - choć doskonale wiedział, i na każdym kroku ostrzegał, że sceptycyzm, o ile jest konsekwentny, rujnuje to, co w sumie dla nas najważniejsze, a mianowicie: wartości. Zawsze stajemy między dwoma wymogami: pełnym zrozumieniem a wartościami. Jedno zawsze może pochłonąć drugie. Drugie może zasłonić pierwsze.
(((
Takie rozważania, których mistrzem był Kołakowski, wymagają poważnego filozoficznego przygotowania. Bez tego wydają się pokrętne. I pewno przez niektórych bywają tak odbierane. Nie ma nic bardziej fałszywego.
Przez wiele lat prowadziłam, podczas moich seminariów, analizy tekstów Leszka. Młodzi ludzie nie mogli zrozumieć pewnych wymogów logiki, która zawsze Leszkowi towarzyszyła. Oni się gubili, trzeba im było mozolnie pokazywać trudną drogę, po której kroczył Leszek. A to w istocie była droga opowiedzenia się za wartościami, za tym, że krzywda jest czymś najstraszniejszym, że nie można do niej dopuścić, że cała reszta nie ma aż tak ogromnego znaczenia.
Jest taki jego tekst "Mała etyka". Każdy, kto go właściwie czyta, dowie się, że nikt nie jest wszechmocny, że ciągle błądzimy, mylimy się w ocenach, nie mamy wiecznych miar dla naszych decyzji, ale że zarazem jeśli tylko pragniemy nie czynić nikomu zła, to jest to właściwy krok ku dobrej wierze. Nie religijnej, oczywiście, ale wierze w to, że jeśli coś w naszych wysiłkach moralnych ma sens, to ten trud właśnie. By nie czynić zła.
Leszek wiedział dużo rzeczy "inaczej". My czytamy filozofów, by coś poznać. On nie musiał. Ja na przykład zajmując się problematyką "innego" czytałam dużo Levinasa. Jemu Levinas nie był potrzebny. Wszystko można było u niego znaleźć, bez tego filozoficznego Levinasowego teoretyzowania.
Co nie znaczy, że Leszek nie lubił teoretyzować. Przeciwnie. Lubił budować teoretyczną całość, choć zawsze wiedział, że jej konstrukcja będzie spowita w różne wątpliwości, aporie, niemożności. A przede wszystkim, że będzie zmitologizowana. Bo człowiek w ogóle jest istotą zmitologizowaną i otoczoną mitami, za pośrednictwem których stara się zrozumieć świat. Mity towarzyszą nam w każdym momencie istnienia, co w "Obecności mitu" znakomicie pokazał.
Ale też nie ma powodów, by wątpić w teoretyczne zdolności Leszka. Nie! Ileż on wspaniałych teoretycznych dzieł napisał! Trzy tomy historii marksizmu, wielkie dzieło o świadomości religijnej i więzi kościelnej. Jego fantastyczny "Horror metaphysicus"! Tych teoretycznych tekstów jest multum, i zawsze chętnie korzystałam z nich na seminariach, by ukazać warsztat Leszka, jego ogromne umiejętności analityczne, zdolność do jasnej argumentacji w trudnych kwestiach.
Ale dla mnie samej coś innego było ważne we wszystkim, co robił. Najważniejsze. To aura, w którą jest spowita cała myśl Leszka. Aura metafizyczności, która dotyka granic nie dających się przekroczyć. I ta aura jest mi szczególnie bliska.