Milan Kundera przypomniał ostatnio (w zatytułowanym "Kurtyna" zbiorze esejów traktujących o zrywaniu kurtyn kryjących świat przed ludzkim spojrzeniem - a utkanych z nawykowych przesądów i obiegowych opinii), że pojęcie "historii" zmienia swój sens w zależności od tego, do jakiego przedmiotu się je odnosi.
Historia ludzkiego rodu to kronika zaszłości minionych, rzeczy i spraw, które nie są już składnikami naszego życia. Historia nauki i techniki jest kroniką postępu: zastępowania poglądów mniej wiarygodnych, mniej korzystnych rozwiązań problemów czy mniej skutecznych narzędzi działania poglądami, rozwiązaniami i instrumentami ulepszonymi - odrzucania tych pierwszych gwoli oczyszczenia pola dla osadzenia i przyswojenia tych drugich.
Gdy jednak o sztukę idzie (obrazu, słowa, myśli), historia nie zajmuje się z rzeczami czy sprawami dotkniętymi przywarą starzenia się, zanikania i przemijania; historia sztuk to nie zapis dziejów "postępu", ale meandrów wartości, które od chwili narodzenia zagnieżdżają się w naszym bycie na dobre. Historia sztuk to kronika powstawania wartości zdolnych pogłębić raz na zawsze nasze rozumienie przeżywanego świata i wzbogacić nasz wgląd we własne nasze w tym świecie miejsce, przeznaczenie i powołanie. Ambicją pisarza, powiada Kundera, nie jest czynienie czegoś lepiej, niż czynili to jego poprzednicy, ale dostrzeżenie czegoś, czego inni nie widzieli, i wypowiedzenie czegoś, czego inni nie powiedzieli (postrzeżenie, dodałbym, czegoś, czego inni nie byli świadomi dlatego, że albo nie w tym kierunku spoglądali, albo przedmioty oglądu jeszcze nie zaistniały). W odróżnieniu od naukowego czy technicznego postępu dzieje sztuk zależą bez reszty od właściwości i poczynań jednostkowych: gdyby Edison nie wynalazł żarówki, sugeruje Kundera, kto inny by to niechybnie uczynił - ale gdyby Laurence Sterne nie wpadł na niesamowity pomysł napisania powieści bez "fabuły", nikt inny by go pewnie w tym nie zastąpił, i dzieje powieściopisarstwa potoczyłyby się chyba innym zgoła torem...
Uwaga powieściopisarza Kundery skupia się z natury rzeczy na dziejach powieści, ale wszystko, co na ów temat Kundera powiedział, odnieść można do wszelkiego pisarstwa powołanego do odkrywania oczom ludzkim aspektów życia skądinąd niedostrzeganych i mogących pozostać niedostrzeżonymi, i do wysłowienia kwestii dotąd niewypowiadalnych, a zatem skazywanych na trwanie w niebycie. Odnosi się więc do całej humanistyki, z filozofią na czele (całej w zamierzeniu, lecz tylko tej "wielkiej" w praktyce) - o tyle, o ile trwa ona w nieustającym dialogu z ludzkim doświadczeniem, a więc w ostatecznym rachunku z milionami mężczyzn i kobiet usiłujących przeniknąć sens owego doświadczenia i znaleźć słowa, z których pomocą sens ów dałoby się uczynić dla siebie i dla innych czytelnym.
Czy nasze widzenie/rozumienie świata, w jakim żyjemy, i naszej w nim roli byłoby takie, jakie jest, gdyby nie wnikliwe intuicje i dogłębne przemyślenia Leszka Kołakowskiego? Pytanie to, rzecz jasna, czysto retoryczne: wszak nie byłoby ono oczywiście takie - nie mogłoby być.
W nekrologu Ryszarda Rorty'ego, innego wielkiego filozofa i bliskiego przyjaciela, Jürgen Habermas napisał mniej więcej, co następuje: trzy i pół dziesięciolecia temu Rorty rozsznurował gorset profesji, której konwencje stawały się dlań nieznośnie ciasne - aby poprowadzić filozofię na nieodkryte dotąd, nieuczęszczane jeszcze i niebadane szlaki. Tego właśnie dokonał, w innym wprawdzie kontekście i innej części wspólnej planety, ale z nie mniej, jeśli nie bardziej jeszcze światoburczym efektem, poliglota, polihistor i polifonista
Leszek Kołakowski.
W każdym kolejnym utworze Kołakowskiego słychać było chrzęst kolejnej rozrywanej kurtyny przesłaniającej wzrok (by użyć przenośni Kundery) czy pękanie kolejnego gorsetu dławiącego myśl (by posłużyć się Habermasową metaforą). Zarówno jako przedmiot oglądu, jak i jako obiekt czynu świat po Kołakowskim jawi się nam inaczej niż ten świat, który Leszek zastał. A nie mało z tego, co się w naszym spojrzeniu na świat i na siebie odmieniło, nie odmieniłoby się bez Leszka.
Leszek Kołakowski przeszedł przez świat, pozostawiając w nim ślady nie do zdarcia i nie do wymazania. Wartości, jakie stworzył bądź wyciągnął z mroków niepamięci czy zaniedbania, otrzepał z kurzu i oczyścił z patyny, są dziś częścią naszego życia; częścią integralną, bez której ani opisać, ani nawet wyobrazić sobie tego życia nie sposób.
Prof. Zygmunt Bauman - ur. w 1925 r., socjolog i filozof