We wspomnieniach, które zalały prasę, Kołakowski pojawia się raz jako osoba religijna, która z marksizmu nawróciła się na wiarę. Choć - jak uważam - jego najciekawsza książka poświęcona religii pojawiła się wtedy, gdy marksistą był i zamierzał jeszcze trochę pozostać (mam na myśli "Świadomość religijną i więź kościelną"). W innych wypowiedziach Kołakowski to twórca "Głównych nurtów marksizmu", choć akurat napisał je wtedy, gdy marksistą być przestał, i chyba sam dzieła tego nie cenił najwyżej. Każdy widać czyta go na swój sposób i na swój sposób wspomina. Kołakowski stał się teraz elementem zbiorowej pamięci i zbiorowego dziedzictwa intelektualnego, każdy będzie go widział takim, jakim chce go widzieć. Ale chyba wszyscy będą go widzieli wielkim.
Niechętni będą mu wypominali marksizm. Inni będą szukali w nim żarliwej religijności. Dla jednych będzie liberałem, dla innych - konserwatystą i filozofem Boga. Dla analityków będzie analitykiem filozoficznych pojęć, dla historyków - historykiem myśli i idei. A był wszystkim nie tylko po trochu, ale - by tak powiedzieć - całą gębą. Był wielowymiarowy, renesansowy - erudycyjny i pedantyczny historyk filozofii, świetny analityk i hermeneutyk, subtelny moralista, postać zaangażowana politycznie i przekonaniowo w świat, w którym żył, a jednocześnie zachowująca wielki dystans do spraw nieważnych i przemijających.
Sokratyk. Ironizował. Pytał i zachęcał do myślenia. I trzeba było myśleć, by czytać jego teksty. I trzeba było czytać jego teksty, by zacząć myśleć. No i jeszcze jedno - miał wyjątkowe poczucie humoru. Nie znam tekstu, gdzie nie byłoby obecne, bądź w wersji złośliwej, szyderczej, bądź w pogodnej. A jednocześnie był przesiąknięty jakimś pesymizmem - co do losów świata, natury ludzkiej i szczęśliwości doczesnej.
Kilka lat temu zaprosił mnie na
obiad tuż przed swoim seminarium, które prowadził w ramach katedry Erasmusa na Uniwersytecie Warszawskim. Z trudem chodził, więc szukaliśmy czegoś niedaleko i bez schodów. Poszliśmy więc do baru na Krakowskiem Przedmieściu, zwanego przez studentów "wermachtem". Plastikowe stoliki, sztuczne kwiaty, samoobsługa i całkiem niezła wojskowa kuchnia za małe pieniądze. Przepraszałam za niestosowność tego miejsca, ale Kołakowski machał tylko zniecierpliwiony ręką, jedząc jakąś zupę. "A Magda to feministką została?" - zapytał ironicznie i z wielkim zdziwieniem. "Zawsze byłam, tylko nie zawsze wiedziałam, panie profesorze". Tytułowałam go "profesorem", a on, znając mnie od dziecka, traktował jak dziecko. Pewno z innych powodów również. "Przestań mi ciągle mówić: panie profesorze!" - powiedział. "Ależ panie profesorze, a jak mam mówić?!". "Jak to jak? Mów mi: mistrzu! Po prostu".
Widziałam go ostatnio kilka miesięcy temu. Siedzieliśmy U Kucharzy, jedząc śledzia i pomidorową. Kołakowski z przyjacielem rozmawiał o starych przyjaźniach i nieskończoności. Zagadnął mnie, dziękując za recenzję jego książki, i zapytał z niedowierzaniem: "A ty ciągle jest feministką?". "Ciągle, panie profesorze... to znaczy - mistrzu".
Był mistrzem nawet dla feministek.
Magdalena Środa, filozof, etyk