Donata Subbotko: Miał pan szczęście przyjaźnić się z prof. Leszkiem Kołakowskim. Jakim był człowiekiem? Prof. Jerzy Jedlicki, historyk idei: Dla przyjaciół ogromnie serdecznym. Łączyła nas dawna znajomość z czasów studenckich w Łodzi. Poznaliśmy się przelotnie, jak byłem na pierwszym roku studiów socjologicznych, a Leszek kończył filozofię, był trzy lata ode mnie starszy. Potem nieco się zbliżyliśmy w 1956 r., kiedy przez sześć tygodni byliśmy razem w Francji na wyprawie młodych humanistów.
Jeśli mogę się zaliczać do grona jego bliskich, to głównie w tym ostatnim dwudziestoleciu, bo z wiekiem nasza przyjaźń stawała się coraz bliższa. Widywaliśmy się, ilekroć Leszek z Tamarą przyjeżdżali do Polski, raz, najwyżej dwa razy w roku. Ostatnio w maju - to był ostatni jego przyjazd. Było widać, że jest już kruchy, słaby, ale przy tym jeszcze bardziej dawało się odczuć jego wigor umysłowy i serdeczność, którą promieniował.
Dla grona jego przyjaciół to jest ciężki dzień. Myśmy sobie oczywiście zdawali sprawę, że to się zbliża, to było widać, ale Kołakowski był dla całego środowiska punktem orientacyjnym na mapie naszych myśli i uczuć, przez całe nasze dorosłe życie. Kimś, kto zawsze był i na kogo zawsze żeśmy się oglądali.
Namawiał go pan w 1968 r., żeby nie opuszczał Polski. - Byłem tak strasznie przygnębiony tą decyzją, że pojechałem do niego. Wiedział, że ma podsłuch w domu, więc wyszedł ze mną do Ogrodu Saskiego. Tłumaczył, że już nie ma sił, że jest zmęczony fizycznie i psychicznie tą sytuacją, w której ciągle był obserwowany i śledzony, a jego fotografie ze Zbigniewem Brzezińskim
telewizja pokazywała jako dowód zdrady.
Leszek przebył długą drogę - zaczynał od zaangażowania komunistycznego, potem zdał sobie sprawę ze swoich omyłek. Wszystko opisał, jak nikt inny. A wtedy, w 1968 r., światowe uniwersytety bardzo go zapraszały. Mógł wybierać, gdzie osiądzie. Najpierw pojechał do Kanady, potem do Kalifornii, a wreszcie osiadł w Oksfordzie, gdzie była dla niego najlepsza atmosfera. All Souls College to jego spokojna przystań. Tam go po raz pierwszy odwiedziłem w 1981 roku i wiele razy w końcu lat 80. Mieli z Tamarą skromny domek z maleńkim ogródkiem.
Nigdy nie żałował, że wyjechał? Nie wydaje mi się. Zresztą właściwie on był cały czas z nami. W latach, kiedy nie mógł przyjechać do Polski - od 1968 do 1988 roku - dochodziły do nas jego wypowiedzi różnymi drogami, m.in. przez "Kulturę" paryską i londyński "Aneks". Po raz pierwszy Leszek przyjechał do Warszawy chyba właśnie w 1988 roku - to wtedy odbył się ten jego legendarny odczyt w Auditorium Maximum na Uniwersytecie Warszawskim. Sala była przepełniona, a studenci witali go owacyjnie.
Ten jego triumfalny powrót do Polski to było dla nas wielkie święto, a dla niego ogromna radość i satysfakcja, no i upokarzająca klęska tych, którzy go z Polski wygnali. To było ważne także dla młodzieży, która go przedtem przecież nie znała, a teraz garnęła się, żeby go słuchać, choć przecież nie był porywającym oratorem, był tylko człowiekiem niezwykłej mądrości. Bo jego wiedza to jedno, a mądrość to drugie - to był jego dar niezwykły. Stłumienie jego głosu, jego autorytetu nigdy się władzy nie udało. Miał w kraju cały czas nie tylko wiernych przyjaciół, ale i wiernych czytelników.
Przy wielkiej mądrości miał poczucie humoru. - Nigdy siebie nie celebrował. W kontaktach osobistych był niesłychanie prosty. Pamiętam, jak była w waszej "Gazecie" taka ceremonia, kiedy
Adam Michnik go koronował na króla - zostały po tym zabawne zdjęcia. Świetnie żeśmy się wtedy bawili. On przyjmował tego rodzaju hołdy z gracją i poczuciem humoru. To był człowiek ogromnie dowcipny w najlepszym tego słowa znaczeniu. Zresztą był autorem rozmaitych scenek żartobliwych, dowcipnych wierszyków. Pamiętam, że napisał taki np. na jubileusz Jerzego Turowicza, z którym się przyjaźnił. Antologia jego utworów niepoważnych byłaby obszerna - warto by było to zebrać i wydać.
W Leszku zawsze była spora doza przekory. Myśmy o tym wiedzieli, znaliśmy dobrze to jego specyficzne przeplatanie się powagi i żartu. Nasze rozmowy, zwłaszcza te w ostatnich latach, zwykle w domu Eugeniusza i Niny Smolarów, to nie były rozmowy bardzo poważne - ja zresztą nie odważyłbym się rozmawiać z nim na tematy filozoficzne, bo to nie mój zawód - z Leszkiem się po prostu świetnie gawędziło, żartowało. Poza tym był bardzo wyrozumiały, nie lubił mówić źle o ludziach, nawet takich, którzy mocno mu dokuczyli.
Był człowiekiem szczęśliwym? - W życiu domowym, osobistym na pewno. Ma bardzo ciepłą rodzinę. Był szczęśliwy ze swoją żoną Tamarą, która całe życie była przy jego boku. Bardzo kochał swoją córkę Agnieszkę. Wiem, że od roku czy dwóch Leszek już nie mógł czytać - Tamara i Agnieszka czytały mu wybrane przez niego
lektury. Ostatnio podupadł, całe życie trochę kulał, a teraz trzeba było uważać na każdy jego krok - zwłaszcza że kilkanaście lat temu miał w Oksfordzie groźny wypadek i ledwo wyszedł z tego z życiem. Ostatnio widać było, że już bardzo się pochyla, ale to był wciąż ten sam człowiek - ten sam temperament, rodzaj żartu i ta sama powaga myśli. Od świata zaś nie domagał się tego, aby mu zapewniał szczęście.
Co dla niego osobiście znaczyło być filozofem? Jest taki znany jego esej "Kapłan i błazen" o dwóch wzorcach intelektualisty. Jemu bliższy był oczywiście wzór błazna, czyli sceptyka i niekiedy szydercy. Ale myśl ludzką traktował poważnie i jednocześnie zawsze świadom był tego, że okres, w którym żyje, i miejsce, z którego przemawia, mają jakieś znaczenie. Ten ostatni jego popularny cykl "O co nas pytają wielcy filozofowie" to próba pokazania, że choć odbiór myśli filozofów się zmienia, to jednocześnie jest w tym jakiś nieprzerwany ciąg tradycji intelektualnej. Pytania filozoficzne, problemy poznawcze i etyczne nie ulegają przedawnieniu, aktualizują się wciąż na nowo. On sam był ważnym ogniwem tego łańcucha.