Wyjechałem z Polski w 1971 r. Po roku więzienia i bezskutecznym poszukiwaniu pracy opuściłem nie tylko kraj, ale i przyjaciół, środowisko, które ciągle przeżywało klęskę marcową. Było rozbite, część ludzi połamana, Jacek Kuroń i Karol Modzelewski byli jeszcze w więzieniu. Nad Polską unosił się cień interwencji w Czechosłowacji i świeże rany grudnia 1970 r.
Pierwszy rok na obczyźnie spędziłem w Bolonii. Moje ówczesne Włochy, akademickie i studenckie, zdominowane przez lewicę, również przeżywały klęskę. Inny kraj, inna klęska. Dużo w niej było nostalgii, dyskusji o rewolucji i teorii Mao. Śpiewano "La violenza". Idealizowano przemoc nie tylko w piosenkach. Studenci skandowali: "Obal państwo, a nie zmieniaj!", "Tylko przemoc pomaga, gdzie przemoc panuje!". Pojawia się terroryzm.
Po roku byłem już, i to na długo, w Paryżu. Nad miastem unosiły się ciągle wspomnienia 1968 r. Cale pokolenie tęskniło za Majem, wspominało swoją rewolucję, ową "piękną chorobę" - słowami Leszka Kołakowskiego. I tutaj klęska była inna niż na Wschodzie: bardziej estetyczna, niemal wesoła, heroizowana. Bernard Henri-Lévy, postmajowa gwiazda, pisał, że rok 1968 był jednym z najważniejszych momentów historii Francji!
W znakomitym liberalno-konserwatywnym środowisku skupionym wokół Raymonda Arona, w którym miałem szczęście się znaleźć, nie było ani bohaterów, ani też wdów po rewolucji. Wielki człowiek humanistyki, umysł niezależny i krytyczny, był wówczas bojkotowany przez studentów i większość świata akademickiego. Jean Paul Sartre, przyjaciel młodości, wzywał, by "obalić Bastylię Arona" - skutek reakcji Arona na Maj jako na "karnawał" i "psychodramę" zagrażającą kruchym podstawom ładu demokratycznego.
Rzeczywiście, przez chwilę wyglądało na to, że "władza leży na ulicy"; do buntu dołączyło dziesięć milionów strajkujących robotników. Jednakże sterujący strajkiem komuniści uczynili wszystko, by ich izolować od studentów. Moskwa, która szukała poprawy stosunków z Zachodem i miała już problemy z Praską Wiosną, nie była zainteresowana destabilizowaniem Francji.
Zachodnie pokolenie '68 pragnęło więcej wolności, więcej sprawiedliwości, uznania dla indywidualnych potrzeb samorealizacji, równości, bezpośredniości, otwartości, "rozkoszy bez granic" (jedno z haseł Maja). Młodzież, wdzierając się na scenę publiczną, kontestuje zastany porządek zimnej wojny i powojennej odbudowy. Uczestnicy, ale i przeciwnicy, wspominają Maj jako czas wielkiej rozmowy (Aron powie: gadulstwa). Ludzie otwierają się, masowo przechodzą na "ty", również w rodzinach i na uniwersytetach. Rewolucjoniści roku 1968 odwracają się rozczarowani od konserwatywnej klasy robotniczej, widząc podmiot historii w "nowych proletariuszach" z Trzeciego Świata i w studentach - właśnie odkrytej sile rewolucyjnej.
Dokonuje się niesłychany awans kobiet. Dziewczyny masowo uczestniczą w Maju, ale odgrywają jeszcze rolę - jak na sławnym obrazie Delacroix - Marianny z obnażoną piersią wiodącej lud na barykadę. Kobieta jako alegoria, maskotka. Zmiana dokonuje się jednak błyskawicznie. Jeszcze w 1965 r. kobieta musiała mieć pozwolenie męża, aby otworzyć konto w banku; nie mogła podpisywać deklaracji podatkowej. Prawdziwą rewolucję społeczną i kulturalną rozpoczyna wprowadzenie w 1967 r. pigułki. Życie seksualne odrywa się od prokreacji. Kobieta staje się niezależna. Rok 1968 dostarcza popularnego języka emancypacji.
Rozpada się stary świat
Niektóre bezpośrednie przyczyny ówczesnego wybuchu były oczywiste od pierwszej chwili. Pokolenie baby boom rozsadzało uczelnie: nie było miejsc w audytoriach, bibliotekach i w akademikach. Studenci mieli uczucie degradacji i niepewności jutra. Uniwersytety, otwierając się i demokratyzując, obniżały swoje loty. Absolwenci, zamiast jak dotychczas w elicie, mieli oto znaleźć się na niepewnym rynku pracy.
W tej rewolcie doszedł też do głosu protest przeciwko dominacji Ameryki. To był czas wojny w Wietnamie, która prowadziła do głębokiego kryzysu w Stanach Zjednoczonych i w ich stosunkach ze światem. W przygotowanym na początku 1968 r. raporcie dla Kongresu USA ówczesny sekretarz obrony Robert McNamara pisał: "W latach 60. układ dwubiegunowy, który znaliśmy po II wojnie światowej, zaczął się rozpadać. Solidni przyjaciele i bezwzględni wrogowie nie mogą już być tak łatwo zaszeregowani"; trudne staje się posługiwanie się takimi pojęciami jak "wolny świat" i "żelazna kurtyna".
Rok 1968 to wielki triumf mass mediów, zwłaszcza telewizji. Jerry Rubin, hipis, a później znany japiszon, mówił w trakcie krwawych manifestacji w Chicago: "Cały świat na nas patrzy". I miał rację. Ale co ważniejsze, za sprawą telewizji cały świat zobaczył ofensywę Tet, komunistycznej partyzantki w Wietnamie Południowym. Przerażona Ameryka po raz pierwszy oglądała na żywo trupy amerykańskich żołnierzy. Wietkong został zdziesiątkowany, ale to Stany przegrały wojnę w telewizji, chociaż pokój został podpisany dopiero siedem lat później.
Ruch studencki roku 1968, od Berkeley po Tokio - chociaż nie w naszym regionie - był zjednoczony w proteście przeciw tej wojnie. Pojawia się nowy pacyfizm. W tym przebraniu ukazuje się po raz pierwszy po wojnie niemiecki nacjonalizm. Tym razem w wersji lewicowej. Ameryka była utożsamiana z nazizmem, podzielone Niemcy z Wietnamem. Rudi Dutschke, przywódca berlińskiego roku 1968, grozi: jeżeli nie porzucicie polityki imperialnej, to wyrzucimy was z Niemiec.
Nowe Niemcy na pewno chcą pokoju, ale też zaczynają uczyć pokoju innych. Skrajne formy buntu studentów budzą strach, nasuwają w Niemczech najgorsze wspomnienia. Nie tylko prawicowi, ale i lewicowi intelektualiści - Jürgen Habermas i Max Horkheimer - ostrzegają przed nowym totalitaryzmem: totalitarnym językiem, skłonnością do przemocy, pogardą dla kultury mieszczańskiej, liberałów i pluralizmu.
Ale też bardzo ważnym aspektem roku 1968 w Niemczech był bunt przeciwko "pokoleniu milczenia", rozliczanie rodziców za zbrodnie i tchórzostwo przeszłości. Od tego momentu zaczyna się w istocie "niemiecka praca nad pamięcią", często głęboka refleksja nad narodową odpowiedzialnością. Podobnie dzieje się we Francji, chociaż problem kolaboracji, Vichy, petainizmu wybucha z całą siłą dopiero kilka lat później.
Francja się nudzi, Francja się budzi
Zachód przeorany przez rok 1968 fascynował mnie, ale też czułem się tam samotnie i obco. Ludzie, których spotykałem w Bolonii i w Paryżu, byli mi często bliscy pokoleniowo, wrażliwością, lekturami - i równocześnie straszliwie odlegli. Poczynając od kwestii języka. Dla nich podstawową kategorią była rewolucja. Milan Kundera przeciwstawiał paryski Maj i jego "eksplozję liryzmu rewolucyjnego" Praskiej Wiośnie i ówczesnej "eksplozji postrewolucyjnego sceptycyzmu". To, co mówił o Czechach i Słowakach, dotyczyło również Warszawy i Polski. Tyle że polska inteligencja miała już za sobą nadzieje na "socjalizm z ludzką twarzą". Zachodni więźniowie semantyki - marksiści, leniniści, trockiści, maoiści, sytuacjoniści, anarchiści, a choćby i socjaliści - opisywali świat w języku, którym posługiwali się również Breżniew i Gomułka. Już to blokowało możliwość rozmowy, nie mówiąc o porozumieniu.
Oczywiście buntownicy z Zachodu mieli coś innego na myśli. Ich ideały były przeważnie wolnościowe, indywidualistyczne, często świadomie antysowieckie - potępiali oficjalną przemoc, "biurokrację sowiecką" i "czerwoną burżuazję" - ale język nie jest niewinny. Język ten nosił w sobie ciężar opresji, który znaliśmy z doświadczenia. Leszek Kołakowski przekazywał wówczas frankfurckim studentom protestującym przeciwko złożonej mu propozycji objęcia prestiżowej katedry: "Nie będę przeszkadzał w waszej walce klasowej przeciwko profesorom".
Język ten z polskiej perspektywy był nie tylko nośnikiem opresji, ale również straszliwej nudy. Ks. Józef Tischner opowiadał anegdotę o rozmowie dwóch górali po wojnie: - Przyjdą czerwoni i nas zagłodzą. Na to drugi: - Zagłodzić to nie zagłodzą, ale zanudzą nas na śmierć. W latach 60. język ten był już zupełnie martwy i dla samej władzy.
Uczucie nudy panowało nie tylko u nas. Wybitny francuski dziennikarz Pierre Viansson-Ponté na kilka tygodni przed Majem pisał proroczo: "La France s'ennuie" - Francja się nudzi! Młodzi aspirowali do zmiany polityki i społeczeństwa uformowanego po wojnie: hierarchicznego, raczej zamkniętego, rządzonego w sposób dość autorytarny przez gaullistów. Telewizja za rządów PiS-u była przykładem liberalizmu w porównaniu z czasami de Gaulle'a.
Jak czasy się zmieniły! Język, który był dla nas symbolem opresji i nudy, rewolucjoniści roku 1968 próbowali odświeżyć z pomocą takich proroków jak Herbert Marcuse. Jego nazwisko włoscy studenci umieszczali obok Marksa i Mao.
Źródło: Gazeta Wyborcza