http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Isaiah Berlin: Dobrzy ludzie budują gilotynę

Z Sir Isaiahem Berlinem rozmawia Adam Michnik
2010-01-14, ostatnia aktualizacja 2010-01-14 14:04

Mieliśmy duże szczęście. Tylko protekcji prof. Leszka Kołakowskiego zawdzięczaliśmy zgodę prof. Isaiaha Berlina na długą, kilkugodzinną rozmowę. Isaiah Berlin jest legendą. Jeden z najbardziej wnikliwych myślicieli XX w. Lord brytyjski, autor wspaniałych - już klasycznych - esejów o wolności. Człowiek myśli suwerennej, trudny do zaszufladkowania, inspirujący całą formację w obrębie europejskiej myśli demokratycznej.

Teksty Isaiaha Berlina były u nas przez lata lekturą dla wtajemniczonych. Jerzy Jedlicki omawiał je na niezależnych podziemnych seminariach.

Z tym mitem harmonizowała oksfordzka sceneria, w której odbywała się rozmowa. Cudowny dom staroangielski z pięknym ogrodem.

Do tego domu wchodziliśmy z niepewnością. Obrazy ze ścian budziły respekt, który towarzyszy obcowaniu z Wielką Historią. Isaiah Berlin jest jednym z wielkich świadków XX wieku. Wśród starych obrazów, bibliotek wzbudzających zachwyt, salonów tak pięknych, że nie wiadomo, co robić z rękami, wśród delikatnych filiżanek z najlepszą angielską herbatą pojawia się człowiek niezwykły. Człowiek wielki i skromny. Kruchy, delikatny, ale myślący jasno i przejrzyście. A także bardzo bezpośredni. Rozmawialiśmy po rosyjsku. Isaiah Berlin jest nie tylko myślicielem; również cudownym gawędziarzem, pełnym serdeczności i prostoty. Mówi zawsze mądrze, paradoksalnie, autoironicznie.

Nie wiem, na czym polega ten sekret, który sprawia, że prawdziwa wybitność nie wymusza hołdów, rodzi podziw i przyjaźń.

Adam Michnik: Kim Pan się czuje: Anglikiem, Żydem, Rosjaninem?

Isaiah Berlin: Mieszkam tu już 70 lat i uważa się mnie za Anglika, w końcu Oxford to sama esencja brytyjskości. Ale ja - choć bardzo zangliczałem - jestem rosyjskim Żydem. Jestem Żydem po prostu dlatego, że nie można przestać być Żydem. Nie dlatego, że kultywuję żydowskie tradycje czy żydowską kulturę. To są ważne rzeczy, jednak my, Żydzi, zapłaciliśmy za nie zbyt wielką cenę. Gdybym wiedział, że wypijając tę kawę mogę, ot tak, przemienić wszystkich Żydów w Duńczyków - zrobiłbym to. Nie znam ani jednego Żyda, ochrzczonego czy nie, wolnego od niepokoju. Jakby oni wszyscy czuli się nie w porządku. Na świecie są miliony Żydów, których dzieci dorastają z takim poczuciem. Żydzi stają się neurotykami. Albo wyrastają na geniuszy. Ale cena jest za wysoka.

Asymilacja się nie udała. Wielu Żydów nie potrafi się zasymilować. Są mniejszością, a mniejszości cierpią i starają się być lepsze niż większość. Jeśli ktoś mieszka w obcym kraju i nie podoba mu się tam, może wrócić do kraju, z którego wyjechał - on sam albo jego rodzice. Tylko Żydzi nie mogą tego zrobić, bo nie ma takiego kraju.

Gdybym wiedział, że wypijając tę kawę mogę przemienić wszystkich Żydów w Duńczyków - zrobiłbym to. Bo nie znam ani jednego Żyda wolnego od niepokoju.

A Izrael?

- Dla tych, którzy tam przyjechali, to nie jest dom. Prawda, ci Żydzi, którzy się urodzili w Izraelu, mają swój dom. Ale są tam też Arabowie, ich wrogowie. Zmuszają ich do wojny. Więc może lepiej mieszkać w Nowym Jorku? Ja w każdym razie nie mógłbym zamieszkać w Izraelu, byłbym tam nieszczęśliwy.

Urodził się Pan w 1909 roku w Rydze. Leszek Kołakowski, Pański kolega z Oxfordu, mówi o Panu żartobliwie "wielki syn narodu łotewskiego".

- Powiedzmy, że jestem dziwnym Łotyszem i że nie ma drugiego takiego Łotysza jak ja. Mam wrażenie, że znam cztery łotewskie słowa: "Kurta peti, kurta peti, gaili tuman", co znaczy: "Dlaczego śpiewasz, mój kogutku?", z łotewskiej pieśni patriotycznej. I jeszcze: "Tik mak sa?" - "Ile to kosztuje?". To wszystko. Ale matka znała łotewski. Nauczyła ją moja niania.

Pan pochodzi z zamożnej, inteligenckiej rodziny.

- Ojciec był przybranym wnukiem Icyka Berlina, który kupił sobie kawałek ziemi w 1862 roku. Za cara Aleksandra II Żydzi mogli kupować ziemię. A kiedy w tym miejscu zbudowano kolej i ziemia podrożała, Berlin został milionerem. Jego jedyny syn ożenił się z wnuczką czy też prawnuczką chasydzkiego rabina. Bo Żyd musiał być albo uczonym rabinem, albo bogaczem. A synowie bogaczy żenili się z córkami rabinów. Otóż syn Icyka Berlina nie miał dzieci i usynowił mego ojca, syna siostry swojej żony, która była bardzo biedna, prowadziła sklepik, a mąż całe dni spędzał w synagodze.

Mieszkaliśmy w Rydze, ojciec był właścicielem lasów, tartaków. Drzewo i deski wyjeżdżały na Zachód, a on razem z nimi. Mówił po angielsku, francusku, niemiecku - umiał dogadać się z klientami. Wszystko świetnie szło, aż przyszedł rok 1914, Niemcy zwyciężyli pod Tannenbergiem i wyglądało na to, że wkroczą do Rygi. Żydzi woleli ich od Rosjan, choćby dlatego, że wśród Niemców antysemityzm nie był tak jawny jak w Rosji. Ale moja rodzina bała się, że zostanie odcięta od swoich lasów, i wyjechała w głąb Rosji na wieś - do wsi, która należała do firmy mego ojca.

Tam byli chłopi, którzy wycinali las, stary dziedzic, który powoli umierał, urzędnicy, oficerowie, którzy nie trafili na front, ich damy w długich, muślinowych sukniach, jednym słowem - Rosja Turgieniewa. W ogromnym parku zbieraliśmy grzyby, jagody. Z dziecięcego punktu widzenia - absolutny raj. Stamtąd przenieśliśmy się do Piotrogrodu.

I tam zobaczył Pan rewolucję 1917 roku?

- Tak. Pamiętam, jak ojciec wyprowadził mnie na balkon naszego domu - mieszkaliśmy wtedy na Wyspie Wasilewskiej - i zobaczyłem ludzi z transparentami: "Precz z carem!", "Cała władza dla Dumy!", "Precz z wojną!". Tłum był niewielki i nagle pojawili się żołnierze. Ojciec mówi: "Zaraz poleje się krew. Nie trzeba tego oglądać". A tu żołnierze zmieszali się z tłumem i ojciec powiedział: "To rewolucja".

Pierwsza rewolucja, lutowa, była liberalna i spodobała się moim rodzicom. Ciotki i wujowie chodzili na wiece i byli zachwyceni. Wielki Kiereński! Wielki Lwow! Jacy nadzwyczajni ludzie!

Latem wyjechaliśmy do miasteczka Staraja Russa, a kiedy we wrześniu wróciliśmy do Piotrogrodu, zobaczyłem plakaty Konstytuanty. Wchodziło do niej mnóstwo partii. Pan sobie nie wyobraża, ile ich wtedy było! Widziałem młodych ludzi, którzy zrywali te plakaty i malowali sierp i młot. Mnie się to spodobało, ale ojciec nie był zachwycony. W ogóle w naszym środowisku nikt niczego szczególnego w tej drugiej rewolucji nie widział. Nie działała winda. Nie wychodziły gazety. Połowa sklepów była zamknięta. Byli jacyś przywódcy. Wszyscy słyszeli o Leninie i Trockim. Wymieniano ich zawsze razem. Jakby to była jakaś firma...

  • 1
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':