http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Schwarzenberg: Walczyliśmy o tę przeklętą demokrację

Adam Michnik
2008-12-25, ostatnia aktualizacja 2008-12-23 17:02

Lepiej, gdy eurosceptyczny jest prezydent, jak w Polsce czy w Czechach, niż wielkie, populistyczne partie, jak w Niemczech czy Austrii. Partie mają wpływy, a prezydent? Skarci rząd, posprzecza się z premierem. To bywa nieprzyjemne, ale na tym koniec - mówi czeski minister spraw zagranicznych. Rozmowa z Karlem Schwarzenbergiem

Karel Schwarzenberg
Fot. Bjoern Steinz/PANOS PANOS PICTURES/EK PICTURES
Karel Schwarzenberg
ZOBACZ TAKŻE
Egalitarne czeskie społeczeństwo nie darzy sympatią ani byłych emigrantów, ani szlachty. A jednocześnie w ostatnich sondażach Karel Schwarzenberg - były emigrant, arystokrata i przedsiębiorca - jest najpopularniejszym czeskim politykiem.

- Nie, drugim...

jest drugim najpopularniejszym czeskim politykiem. Czy nastąpiła jakaś zmiana w nastrojach społecznych?

- Przez 50 lat komunizmu istniała tu nienormalna sytuacja i teraz ludzie pewnie doszli do wniosku, że ci książęta byli co prawda straszni, ale to, co przyszło potem, było jeszcze gorsze. A poza tym, co wiem z doświadczenia, żadna zasada nie obowiązuje bez wyjątków.

Nie znam lepszego przykładu prawdziwego Europejczyka niż ty. Jesteś Europejczykiem par excellence.

- To przez pogmatwane losy mojej rodziny. W Europie Środkowej nic nie jest proste. Urodziłem się w 1937 roku. Ta data urodzenia sprawiła, że siłą rzeczy zainteresowałem się polityką. Pierwsze moje świadome wspomnienia pochodzą z okresu Protektoratu. Potem powstanie w 1945 roku, koniec wojny i krótka chwila chwały mojego ojca (doceniono jego postawę w czasie okupacji i praskiego powstania). To na pewno wpłynęło na mój czeski patriotyzm. A od 1947 roku sytuacja błyskawicznie się pogarszała. Rok później przyszła konfiskata. Musieliśmy opuścić Czechosłowację i przenieść się do Austrii. Nawet się ucieszyłem, bo przeprowadzaliśmy się do babci ze strony matki, którą lubiłem.

Jako dziewięcioletni chłopiec znałem nazwiska wszystkich czołowych polityków świata. Dziś uczeń szkoły podstawowej ma znacznie mniejszą wiedzę w tej dziedzinie, choć oczywiście wie znacznie więcej niż ja wtedy o seksie.

Wyjazd miał też tę zaletę, że jako nastolatek mogłem podróżować do Włoch, do Niemiec, świat był dla mnie otwarty. Zamknięta za to była Czechosłowacja, którą po raz pierwszy od wyjazdu mogłem odwiedzić dopiero w 1968 roku. Dom musiałem sobie stworzyć za granicą. Dzięki temu nie cierpiałem na kompleks emigranta. Miałem rodzinę i bliskich przyjaciół w różnych krajach, więc nie czułem się obco.

Jaką masz wizję Unii Europejskiej za 50 lat? Jaki będzie wtedy europejski patriotyzm, o ile coś takiego w ogóle będzie istniało?

- Mimo wszystkich obecnych błędów zrobiliśmy olbrzymi postęp. Kiedy cofniemy się do naszej niedawnej historii i przypomnimy sobie, ile tu toczono wojen i że wielkie kraje decydowały o losie tych mniejszych, widać zmianę. Dziś naciski są tylko natury politycznej, można je wytrzymać.

Jestem zwolennikiem europejskiej federacji. Wtedy będziemy mogli odegrać naprawdę znaczącą rolę w świecie. Lecz jestem realistą, wiem, że będzie to bardzo długo trwało. To nie jest Ameryka, gdzie poszczególne stany były bliskie sobie językowo i wyznaniowo. My nigdy nie będziemy Ameryką, zawsze będą tu istniały różne narody. Ale to dobrze, bo ta różnorodność jest naszym bogactwem, np. każdy język wpływa na sposób myślenia, dzięki niemu inaczej myślimy. I to jest wspaniałe, to nasz kapitał.

W naszych krajach wciąż istnieją postawy eurosceptyczne. Choćby nasz prezydent i wasz prezydent. Co o tym sądzisz?

- Adamie, walczyliśmy o tę przeklętą demokrację. Mamy, czego chcieliśmy. Gdy decydujesz się ożenić, musisz żyć z żoną, choć czasem jest to trudne. Podobnie jest z głowami państw. Jednak nieraz zdrowa krytyka jest pomocna, bez niej nie byłoby postępu, rozwoju. Żaden rozwój nie następował bez jakichś reakcji sprzeciwu.

Nie jest to też wyłącznie kwestia takich czy innych polityków. Przez pierwsze kilkanaście lat po 1989 roku niemal na całym świecie istniały głównie tendencje do integracji - na świecie chodziło o globalizację, w Europie - o rozszerzenie Unii. Nigdy jednak nie jest tak, żeby świat podążał w jednym kierunku. To wahadło musiało się kiedyś wychylić w drugą stronę. Teraz właśnie tego doświadczamy. Moim zdaniem lepiej, gdy takie zdecydowanie krytyczne stanowisko wyraża głowa państwa (w Polsce czy w Czechach) niż wielkie, populistyczne partie (jak choćby w Niemczech czy w Austrii). Co ciekawe, w Austrii ta partia określa się jako prawicowa, a w Niemczech jako lewicowa. Argumentów używają takich samych. Partie mają duże wpływy, a prezydent? Czasem skarci rząd czy posprzecza się z premierem, co bywa zawstydzające albo nieprzyjemne, ale na tym koniec.

Na Zachodzie istnieje koncepcja, że Unia nie tyle powinna być sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, ile ich równoważnikiem, konkurentem, że trzeba ją budować jako siłę antyamerykańską.

- W najważniejszych sprawach na świecie jesteśmy zawsze sojusznikami. Co do tego nie ma wątpliwości. Europa wiedziała to już dawno, Ameryka teraz zobaczyła, że sama nie będzie miała takich wpływów na świecie. Dobrze, że teraz wiedzą to już obie strony. Ja jednak pamiętam dawne czasy, kiedy politycy europejscy w jakimś stopniu równoważyli poczynania amerykańskie. Podczas pierwszej wojny wietnamskiej, kiedy sytuacja stawała się coraz trudniejsza, Ameryka rozważała użycie broni atomowej. Zapobiegła temu głównie angielska dyplomacja. Były też przypadki odwrotne, to Amerykanie powstrzymali Anglików i Francuzów podczas wojny o Kanał Sueski. Z kolei w sprawach gospodarczych czasem mamy przeciwstawne interesy, jesteśmy konkurentami. To normalne.

Kryzys kubański najlepiej pokazuje, jak powinien taki sojusz wyglądać. Wtedy amerykański prezydent wydelegował specjalnego wysłannika do generała de Gaulle'a, żeby mu pokazać zdjęcia rozmieszczonych na Kubie sowieckich rakiet. Generał nie chciał nawet na nie patrzeć i powiedział: "Wystarczy mi słowo prezydenta USA". W najważniejszych sprawach musi to tak wyglądać, a w mniej istotnych możemy się nawet czasem pokłócić.

Trwa spór o Ukrainę, Turcję, Mołdawię czy Rosję. Gdzie dla ciebie jest granica Europy?

- Ukraina bez wątpienia historycznie należy do Europy. Turcja to trochę inna sprawa. Większość terytorium tego kraju leży w Azji Mniejszej. Ten kraj inaczej się rozwijał, jest tam islam itd. Z drugiej strony musimy uznać, że Turcja od dawna zbliża się do Europy. Największy krok zrobiono oczywiście od czasów Atatürka, ale silne związki i wpływ Europy na imperium otomańskie istniały już od XVIII-XIX wieku. Dziś jeszcze nie wiemy, gdzie ten proces się skończy, ale musimy mieć świadomość, że trwa. W zasadzie jestem zwolennikiem przyjęcia Turcji do UE, choć zanim to nastąpi, kraj ten musi się jeszcze bardzo zmienić. Również Europa musi do tego dojrzeć, bo dziś w wielu krajach wciąż istnieją silne uprzedzenia wobec Turcji. Dziś przyjęcie tego państwa mogłoby się skończyć katastrofą. Po prostu musimy się do siebie przyzwyczajać, a to trwa. Jednak musimy docenić, że Turcja idzie w dobrym kierunku.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':