O trwającej ponad 50 lat niezwykłej przyjaźni Wandy Półtawskiej z Karolem Wojtyłą czytaj w serialu reporterskim Gazety Wyborczej i raporcie specjalnym
>
Aleksandra Klich: Co łączyło kobietę - Wandę Półtawską - z mężczyzną - Karolem Wojtyłą? Jarosław Makowski: Rodzaj duchowej więzi, jaką czeski filozof Jan Patoczka nazwał "solidarnością wstrząśniętych". Ludzi, którzy przeszli przez podobne doświadczenie - piekło wojny. Bóg tak chciał, biorąc za dobrą monetę optykę teologiczną, że skrzyżował losy Półtawskiej i Wojtyły. Spotykając drugiego człowieka, nigdy nie wiesz, co z tego wyniknie. W tym przypadku zrodziło się coś, co nazywamy "pokrewieństwem dusz". Ona rozpoznała w nim niezwykłego, wyjątkowego księdza, on - nietuzinkową kobietę.
Ta przyjaźń jest jednym z dowodów na wielkość Wojtyły. Był otwarty na innych, słuchał ich, pielęgnował zadzierzgnięte więzi. Facet z Krakowa, który był robotnikiem, marzył, by zostać aktorem, a wyszło tak, że został
papieżem. Niemniej zgodnie ze znaną maksymą ks. Józefa Tischnera: najpierw jest się człowiekiem, potem filozofem, a na końcu księdzem. Pasuje to jak ulał do Wojtyły.
Wiele przemawia za tym, że Wojtyła nie miał pełnego zaufania ani do włoskich, ani do polskich współpracowników. To Półtawska, jak wszystko na to wskazuje, była powiernicą jego trosk, wątpliwości, a nawet tego, co nieprzekazywalne: cierpienia. Ale to była relacja symetryczna. I Wojtyła pozostał wobec niej lojalny. Nic nie było w stanie tej więzi na dobre i na złe poluzować - ani sugestie księży, że jest szalona, ani że
papieżowi nie wypada się z nią zadawać.
Ochrona życia, każdego życia, to w przypadku Półtawskiej walka przeciw profanacji życia
Czy takie niezwykłe przyjaźnie-miłości jak Półtawskiej iWojtyły zdarzają się często w Kościele? - Mam nadzieję! Dziwny byłby to Kościół, gdyby się nie zdarzały Przykład modelowy to postacie św. Klary i św. Franciszka. Ale czytając
kreśloną przez panią historię związku Półtawskiej i Wojtyły, przypomina się bardziej współczesny przykład - Ursa von Balthasara i Adrienne von Speyr.
On był jezuitą, jednym z największych teologów XX w., ona - jak Półtawska - lekarką. Spotkali się w Bazylei. Adrienne była protestantką. Przyjaźń z Balthasarem sprawiła, że przeszła na katolicyzm. Jak Półtawska miała męża. To była fascynacja od pierwszego spotkania. Jej mistyczne wizje i intuicje, a pamiętajmy, że nie miała wykształcenia teologicznego, zafrapowały teologa do tego stopnia, że wspólnie założyli świecki instytut św. Jana. Gdy jezuici odmówili poparcia, a Kościół zakwestionował wiarygodność objawień Adrienne, Balthasar opuścił zakon, ale pozostał księdzem. Wciąż przypominał, że to pod wpływem Adrienne podjął wiele kwestii teologicznych, m.in. stworzył teologię Wielkiej Soboty.
Cztery lata przed śmiercią napisał książkę "Nasza misja" i zaczął ją od zdania: "Książka ta ma przede wszystkim jeden cel: stanąć na przeszkodzie temu, by po mojej śmierci nie podjęto próby oddzielenia mojej twórczości od dzieła Adrienne von Speyr".
Balthasar był jednym z ulubionych teologów Wojtyły. Nie przeszkadzał mu jego związek z Adrienne? - Najwyraźniej nie. Myślę nawet, że rozpoznał się w tej historii. Tuż przed śmiercią Balthasara Wojtyła ogłosił jego nominację kardynalską. Choć w Kościele ta znajomość z Adrienne była podejrzana.
Z Wojtyłą i Półtawską było podobnie. Gdy czytam ich listy, widzę, jak mocno są przesiąknięte mistyczno-teologicznymi myślami, które Wojtyła wykorzystuje jako biskup i papież.
Czy chodzi panu o to, że Półtawska umacniała Karola Wojtyłę w jego konserwatywnym poglądzie na kościelną etykę? Ks. Jacek Prusak uważa, że dała mu instrumentarium psychologiczno-medyczne do wyrażenia obowiązującej w kościele wizji ludzkiej seksualności i etyki. - Tak, to było możliwe. Przede wszystkim dlatego, że i optyka Wojtyły, i optyka Półtawskiej postrzegania ludzkiej cielesności - choć ona jest przecież lekarką - to jest optyka wiary. By nie rzec więcej: mistyki. Dlatego prawdziwa miłość rozgrywa się w sferze duchowej. Ciało niejako jest tu przeszkodą, zwodzi, kusi, ogranicza człowieka. Duch zaś jest wolny. Wojtyła i Półtawska przeszli przez gehennę wojny. To doświadczenie ich ukształtowało na tyle mocno, że dla nich życie oznaczało jedność myśli i czynu. Cóż bowiem warte byłyby słowa Jezusa z Nazaretu, gdyby nie poświadczył ich swoim życiem? Zgoda, że nie wymagali oni od ludzi tego, czego by pierwej od siebie nie wymagali. Jednak nie każdy otrzymuje tyle sił i mocy w zwalczaniu - ich zdaniem - swoich ograniczeń. Także tych związanych z ludzką cielesnością.
Napisał pan książkę "Kobiety uczą Kościół". Czego nauczyła Kościół Półtawska? - Niezależności! Przełamała wbrew zdrowemu rozsądkowi - i zapewne wbrew kościelnej poprawności politycznej - monopol przyjaciół-księży
Jana Pawła II. Wszyscy oni czerpali do tej pory z blasku, jaki towarzyszył im, kiedy rozprawiali o zażyłych i szczególnych relacjach z Papieżem. I nagle Półtawska, trochę jak niespodziewany piorun w słoneczny i upalny dzień, mówi: "Tak naprawdę nic o nim nie wiedzieliście".
Czy jej zachowanie, postawa, poglądy są czymś wyjątkowym w Kościele? Jest bardziej radykalna? - Postawa Półtawskiej jako kobiety w Kościele jest o tyle wyjątkowa, że żaden ksiądz, patrząc jej prosto w oczy, nie odważy się powiedzieć: "Pani Wandziu, proszę zrobić kawę". Oczyma wyobraźni nie widzę, żeby ona mogła pomieścić się w tym tradycyjnym schemacie, jaki kobietom wyznacza kościelna praktyka -Kościół, kuchnia, łóżko. Raczej jest odwrotnie - to Półtawska mówi, a księża słuchają, choć po cichu pewnie swoje myślą. Tak czy inaczej, jako katoliczka pokazuje, że w sklerykalizowanym świecie kościelnym kobieta może być całkowicie niezależna.
Kiedy jesteś świadkiem sytuacji, gdzie ludzkie życie nie ma żadnego znaczenia, gdzie zabijanie drugiego - dziecka, starca, kobiety - jest tak łatwe jak splunięcie, to takie doświadczenie nie spływa po człowieku jak woda po kaczce